wtorek, 25 marca 2014

Eight.

POV Nicole
Siedzieliśmy z Justinem w jednym z tysiąca barów kanapkowych znajdujących się w Stanach Zjednoczonych. Po pomieszczeniu unosił się zapach świeżych warzyw, a ze stolika oddalonego o kilka metrów co jakiś czas słychać było donośny płacz maleńkiego dziecka. Uważnie przyglądałam się chłopakowi, który pożerał swoją ogromną kanapkę, podczas gdy ja z roztargnieniem grzebałam w swojej sałatce.
-Nie wiem jak ty to robisz. - powiedziałam, na co chłopak uniósł oczy w moją stronę. -Jak możesz iść prosto z kostnicy na lunch?
Chłopak westchnął głęboko i wzruszył ramionami.
-Konieczność. Gdybym za każdym razem nic nie jadł, okropnie bym schudł. - zaśmiałam się na jego słowa. Nie znałam go długo, ale wiedziałam, że kochał jeść. Wiedziałam też, że jadł bardzo dużo, ale mimo wszystko był strasznie chudy. Miał zarysowaną szczękę, a kiedy uśmiechał się na twarzy pojawiały się malutkie dołeczki. A gdybyście zobaczyli jego nogi...Myślę, że nawet nie jedna kobieta dużo oddałaby za tak zgrabne kończyny.
-Musiałeś widzieć wiele strasznych rzeczy jako policjant.
-Cóż jesteś pielęgniarką, więc zdaje mi się, że też widziałaś co nieco.
-Tak, ale na ogół mimo wszystko mam do czynienia z...żywymi.
Justin wytarł dłonie w serwetkę i odsunął już pusty talerz.
-Jak sobie z tym radzisz? - dodałam po chwili, nie patrząc już na chłopaka.
-Jak sobie radzę? Nie radzę sobie...ale próbuje udowodnić samemu sobie, że moja praca jest potrzebna, a z czasem staje się dla mnie satysfakcjonująca. Prowadzę pewien rodzaj zagadki. To nie jest napad na monopolowy i kradzież gorzały...to próba zabójstwa. Może dlatego jestem takim potworem. Próbuję rozszyfrować umysły osób, które to robią. Łączę kawałki w całość i...zaczynam myśleć jak oni.
-A może to znaczy, że jesteś wyjątkowym gliną?
-Albo mam takiego samego fioła jak ci wszyscy zabójcy.
Spojrzałam się na niego i nagle zastanowiło mnie to, czemu jego oczy dawniej wydawały się takie ciemne. Wystarczyło trochę śmiechu i Justin Bieber zmienia się w normalnego człowieka. W dodatku bardzo atrakcyjnego. Po chwili zmusiłam się by spojrzeć w bok. Nie mogłam pozwolić sobie na tego typu rozmowy. Nie mogłam nawet myśleć o tym człowieku jako o atrakcyjnym. 'To zwykły policjant, Nicole' mówił umysł, jednak serce mówiło, że może okazać się inny. Może mnie zaskoczyć...Justin Bieber może być człowiekiem. Kiedy jednak mój wzrok ponownie utkwił w twarzy chłopaka, nie uśmiechał się. Jego oczy znów były ciemne, a on wydał mi się tym samym gliną bez serca.
Po chwili wyszliśmy z baru i udaliśmy się w stronę auta. Zdawało mi się, że twarz Justina jeszcze bardziej pociemniała, a jego kroki stają się coraz wolniejsze.
-Justin, wszystko ok? - szepnęłam, gdy byliśmy już w samochodzie.
-Tak.
-Jesteś pewien?
-Tak.
Westchnęłam głęboko i szturchnęłam ramię Biebera
-Spójrz na mnie Justin. - chłopak powoli odwrócił twarz w moją stronę i przechylił głowę lekko na bok. - Powiesz mi co się dzieje? -zapytałam łagodnie i posłałam mu uśmiech.
-Uhhh...mogłaś wziąć adwokata. - ze zdziwieniem popatrzyłam na Justina i powoli pokiwałam głową.
-Po co?
-Dzisiaj będzie cię przesłuchiwał ten skurwiel...boję się, że nie dasz rady...
Odwróciłam wzrok w stronę okna i chwilę przetwarzałam słowa policjanta.
-Czyli kto?
-Harry Styles, facet z policji okręgowej.
-A nie wystarczy, że wy mnie przesłuchiwaliście?
-Nicole...To procedury. - westchnęłam głęboko i oparłam głowę o szybę.
-Na pewno nie będzie tak źle.
*
A jednak. W momencie kiedy usiadłam na przeciw dwóch nieznajomych policjantów obleciał mnie nadzwyczajnie strach. W sali nie było jeszcze straszliwego Harrego Stylesa, a policjanci przede mną póki co wydawali się bardzo uprzejmi, jednak od razu dało się wyczuć ich napastliwość. Przeszło mi nawet przez myśl, że słowa Justina były słuszne. Mogłam wziąć adwokata. Popatrzyłam na Biebera, licząc na chociaż odrobinę wsparcia. Jednak on stał sztywno, odwrócony tyłem, przy oknie.
Po chwili drzwi uchyliły się i do pokoju wpadł młody mężczyzna z kawą w dłoni.
-Przepraszam za spóźnienie. - krzyknął donośnym głosem i zasiadł na przeciw mnie. Byłam więcej niż zdziwiona. Szczerze mówiąc na świecie wykształcił się stereotyp, że dobry policjant ma ponad czterdziestkę i na pewno nie słynie z nadzwyczajnej urody. Póki co policjanci, których spotykałam mogliby spokojnie zrobić karierę w modelingu i czułam się przy nich...co najmniej brzydka. Policjant siedzący przede mną wydał mi się na pozór niegroźny, mimo iż wierzyłam Justinowi na słowo. Chłopak cały czas uśmiechał się, co w tym momencie wydało mi się cholernie seksowne. Nie mogłam zobaczyć jego oczu przez ciemne loki zakrywające większą część jego twarzy. Ponownie odwróciłam wzrok ku Justinowi. Wciąż stał w ciszy i nieporuszony patrzył w jakiś odległy punkt.  Czy to głupie, że w tym momencie mój mózg zadał mi pytanie: 'Którego byś wybrała?'. To nonsens...Ale mimo wszystko myślę, że znałam odpowiedź. Niestety nie mogę zaprzeczyć, że chcę do końca poznać zagadkę Justina Biebera...
-Panno Hale! - wrzasnął Harry, jakby wyrywając mnie z transu. Westchnęłam głęboko i spuściłam wzrok.
-Słucham. - Styles przyjął postawę atakującego psa i odgarnął niesforne włosy. 
Mijały kolejne minuty, a usta policjanta nie zamykały się. Gadał jak najęty i zadawał miliony pytań na które nie znałam odpowiedzi.
-To wszystko co wiem. - przerwałam mężczyźnie i spojrzałam na niego znudzona. - Bez przerwy zadajecie mi te same pytania. Myślę, że to nie ma sensu. 
-Przeciwnie. - odezwał się mężczyzna siedzący obok Stylesa. - Zabójstwo nie musiało być popełnione osobiście. A teraz to już dwa zabójstwa. - mężczyzna zaśmiał się groźnie i poprawił swój granatowy mundur.
-Chyba nie myślicie, że ja...
-To musiało być okropne. - przerwał mi Styles i nachylił się w moją stronę. - Zostać porzuconą tydzień przed ślubem. Jakie to musiało być upokorzenie...Nagle wszyscy dowiedzieli się, że on pani nie chce. Nie kochał pani. A pani mu ufała i zapewne kocha go pani do tej pory.
Opuściłam głowę i unikając spojrzenia policjanta wpatrywałam się w podłogę. Czułam, że łzy napływają mi do oczu, a to dlatego, że słowa Stylesa były prawdą. 
-Panno Hale, nie chciała się pani odwdzięczyć? Sprawić mu trochę bólu? I jeszcze zabójstwo Caroliny...To nie wygląda za dobrze. Wygląda raczej jak zemsta. Nie sądzi pani?
-Na pewno nie w ten sposób. Nie jestem typem osoby, która zabija swoich byłych. - popatrzyłam ostro na Harrego i przybliżyłam się do niego. Teraz to ja zaczynałam atak.
-Nawet wtedy, gdy pani macocha przyznała się do zdrady? Może wiedziała pani o tym już wcześniej? 
-Nie. Nie wiedziałam.
-Jak się pani wtedy poczuła? Wściekła? A może bardziej skrzywdzona?
-Co to ma do rzeczy? - zapytałam zdenerwowana i potrząsnęłam głową.
-Zadziałała pani szybko. Nawet bardzo. Kilka godzin na uknucie tak genialnego planu.
-Pan jest nienormalny!
-Gdyby teraz pani przyznała, że to pani, może udałoby się złagodzić karę...
-To nie ja!
-Chyba nie myśli pani, że doświadczony policjant uwierzy pani na słowo. To pani...
-Dość. - nagle wtrącił Justin. - co chcesz osiągnąć Styles?
-Wykonuje swoją pracę.
-Nękasz ją. Przesłuchujesz bez adwokata.
-Ależ po co jej adwokat? Twierdzi, że jest niewinna.
-Bo jest niewinna.
Harry zaśmiał się i popatrzył na swoich towarzyszy.
-Coś mi się wydaje Justin, że nie możesz już dużej brać udziału w tej sprawie. Całkiem straciłeś rozum.
-Coś mi się wydaje, że to nie leży w twoich kompetencjach.
-Ransom mnie upoważnił. - Harry wrednie uśmiechnął się i potarł ręce. To na prawdę dziwne jak w tamtym momencie okropnie bałam się, że Justin odejdzie. 'A jeśli moją sprawą zajmie się Styles?'
Jednak chwilę po wypowiedzianych przez Harrego słowach, w sali rozbrzmiał głośny śmiech Biebera.
-Cholera, serio myślisz, że mnie to obchodzi?
-Myślę, że powinno.
-Dobrze wiesz, że... - słowa Justina zostały przerwane przez rytmiczne bzyczenie jego telefonu. Chłopak rozgniewany sięgnął po iPhona i bez słowa wyszedł z pokoju. 'Znowu zostałam sama'.
-No więc panno Nicole. Wróćmy do naszej rozmowy.
Harry oparł się wygodnie i uśmiechnął zwycięsko. Westchnęłam głęboko i powoli wstałam z krzesła. 
-Dokąd to?! - krzyknął oszołomiony, gdy byłam już przy drzwiach.
-Z tego co wiem przysługuje mi prawo odmowy zeznań i zatrudnienia adwokata. Myślę również, że jak każdy zna pan mojego ojca, który pracuje w kancelarii...
-Chyba mi pani nie grozi? - chłopak zaśmiał się głupawo i wstał z miejsca.
-Owszem proszę pana. - ze zwycięskim uśmiechem wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami i stanęłam na długim, pustym korytarzu. Budynek policji okręgowej był inny niż ten w którym pracował Justin. Tutaj panowała zupełna cisza, wszystko było poukładane i zdawało się, że od lat nie ruszane. Nie wiedziałam gdzie mam iść. W tym momencie budynek wydał mi się przerażająco ogromny. Z daleka poczułam zapach kawy i coś pociągnęło mnie w tamtym kierunku. Zaskakujące, że Harry nawet nie rozpoczął gonitwy za mną...
Powoli zeszłam po czarnych, błyszczących schodach i stanęłam przed pustymi stolikami. Tylko przy jednym. Tym najbardziej oddalonym siedział on. Powoli podeszłam i nawet nie dostrzeżona usiadłam obok niego. Powoli uniósł brązowe oczy w moim kierunku i w milczeniu przyglądał mi się, jakby nie bardzo rozumiejąc co tu robię.
-Wyszłam z przesłuchania. - wytłumaczyłam. - Czy...oni mnie zamkną?
Justin uśmiechnął się łagodnie i upił łyk kawy. Chwilę patrzył w przestrzeń po czym znów spojrzał na mnie.
-Wiesz, że za ucieknie od zeznań idzie się do więzienia na kilka lat. To nie było rozważne. - zdziwiona popatrzyłam na Justina.
-C-co?! - krzyknęłam. - Widziałeś jak ten debil mnie potraktował! Zeznałam już wszystko co wiedziałam i... - chłopak zaczął głośno się śmiać i prawie wylał kawę kiedy zabawnie zaczął machać rękami.
-Twoja mina...To było...bezcenne...- wypowiadał między napadami śmiechu, a ja powoli nabierałam ochoty by wstać i odejść. Najlepiej na zawsze.
-To nie było zabawne.
-Masz racje. To było cholernie zabawne. - chłopak jeszcze chwilę śmiał się i mimo iż to ja byłam powodem jego żartów, to i tak jego uśmiech sprawiał mi przyjemność. 
-Możemy jechać? Jak najdalej stąd.
-Jest w sumie już późno. - wymamrotał patrząc na zegarek. - Chodźmy.
Powoli wyszliśmy z pustej stołówki i weszliśmy na górę. Justin nie czuł się dobrze w tym miejscu tak samo jak ja. Szedł powoli i dziwnie zgarbiony, jakby nie chciał zostać zauważony. Jak kot, który rozpoczyna swoje polowanie. Bieber szybko przeszedł przez korytarz i stanął przy drzwiach wyjściowych, jednak wysoki mężczyzna przekroczył mu drogę.
-Witam panie Bieber.
Justin skrzywił się i z obrzydzeniem minął mężczyznę.
-Czy nie możesz nawet powiedzieć jednego słowa do swojego szefa? Źle wpływasz na panią Nicole, Justin. To dlatego odmawia zeznań.
Dopiero wtedy zauważyłam rozbawionego Stylesa stojącego przy swoim biurze.
Justin szybko odwrócił się i otworzył usta z zamiarem powiedzenia czegoś, jednak byłam szybsza.
-Przepraszam proszę pana ale to absurd. Nie odmówiłam żadnych zeznań!
-Ransom. - powiedział mężczyzna chwytając moją dłoń i lekko ją całując.
-Daj jej spokój. - burknął Bieber. - Masz jeszcze coś do mnie?
-Jeśli pani Nicole przyzna, że nie opuściła zeznań z twojej inicjatywy, nic nie będę miał.
-Opuściłam zeznania, bo policjant, który mnie przesłuchiwał był chamskim debilem. - burknęłam i wyszłam z budynku z obrzydzeniem mijając "Ransoma" nie polubiłam tej osoby. Harry przynajmniej był przystojny...nie nic.
Justin opuścił budynek chwilę później i razem wsiedliśmy do auta. Słońce powoli chowało się za widnokrąg. Znacznie spadła też temperatura i zdawało mi się, że zaraz zacznie padać. Jechaliśmy pustą ulicą i w ciszy patrzyliśmy na drogę. Co jakiś czas na zakrętach w lusterku odbijał się nieprzyjemny błysk auta jadącego za nami. Kilka razy odwracałam się w jego stronę z niecierpliwością czekając, aż auto skręci w inną ulicę. Jednak moje rozczarowanie było ogromne, gdy auto skręciło za nami nawet na dzielnicę Manhattanu.
-Justin. - szepnęłam
-Tak?
-Ten samochód...On...
-Co z nim nie tak? - wymamrotał chłopak powoli patrząc na opla za nami.
-Jedzie za nami od kiedy wyjechaliśmy z parkingu policji...
-Jesteś pewna?
-J-ja nie wiem....C-chyba tak.
-Sprawdzimy to.
-Dlaczego zwalniasz? Skoro on nas śledzi powinniśmy uciekać, nie sądzisz?
-Chcę sprawdzić co on zrobi. - wymamrotał chłopak i ponownie zdjął nogę z gazu. Po chwili samochód jechał tak wolno, że mijali nas nawet ludzie idący po chodniku. Jednak auto za nami także zwolniło i poruszało się wciąż za nami.
-Nie podjeżdża, żebym nie odczytał tablic. Sprytnie.
-Justin. Proszę cię, jedźmy.
-Chyba nie sądzisz, że dam mu spokój?! - chłopak gwałtownie skręcił na dwupasmową drogę i rozpędził się gwałtownie. Osiedle po którym poruszaliśmy się było jednym z tych najbardziej oddalonych od centrum Manhattanu. Po drodze nie poruszał się żaden inny samochód. Przez chwilę nawet pomyślałam, że tak na prawdę opel nie śledził nas, a ja po prostu popadłam w jakąś fobię, jednak po chwili w lusterku znów błysnęły reflektory i zza rogu wyjechał ten sam samochód.
-Trzymaj się! Spróbuję go zgubić! - Justin mocno chwycił kierownicę i gwałtownie zawrócił tym razem mijając opla i wjeżdżając w kolejną ulicę. Mocno złapałam się siedzenia i siadłam prosto, wpatrując się w lusterko. Justin kilka razy skręcił w prawo, a potem w lewo. Po jakimś czasie zupełnie straciłam orientację i nawet nie wiedziałam gdzie teraz jesteśmy. Ciszę w aucie przerwał pisk samochodu wyjeżdżającego z ulicy obok.
-Cholera. - Justin rozpędził się jeszcze raz i tym razem skręcił w ulicę prowadzącą w dół osiedla. Wykonał kilka manewrów i po chwili stanęliśmy na podjeździe do czyjegoś domu. Justin stanął na miejscu w pustym garażu i w mgnieniu oka wyłączył silnik. Chwycił mnie za plecy tak abym schyliła się, po czym sam kucnął obok. W samochodzie panowała zupełna cisza. Słyszałam tylko swój nierównomierny oddech i szybkie bicie serca. Minęło kilka minut i usłyszeliśmy jak auto przejeżdża obok, a potem staje kilka metrów dalej.
-J-justin zauważył nas? - wyszeptałam łapiąc ramię chłopaka.
-Pewnie zastanawia się gdzie jesteśmy.
Chłopak uniósł głowę i zaczął rozglądać się po osiedlu.
-Jedziemy.
Ponownie usiadłam na swoje miejsce i obserwowałam jak Bieber powoli odpala silnik. Nie zapalał świateł w razie gdyby opel kręcił się po okolicy. Powoli wyjechał z  garażu i bez problemu wyjechał z plątaniny osiedl na jakich się znaleźliśmy, jednak jego auto nie skierowało się w stronę Manhattanu. Wręcz przeciwnie Justin wyjechał z najdroższej dzielnicy Nowego Jorku i wjechał na główną drogę.
-Justin...przecież ja tam nie mieszkam.
Chłopak zaśmiał się i popatrzył na mnie.
-Wiem.
-No to...
-Chyba nie sądzisz, że w domu twojego ojca jest teraz bezpiecznie? Nie ma tam nikogo, a ten człowiek nie boi się najwidoczniej nawet policji. Nie możesz tam dłużej zostać.
-Ale ja nawet nie mam swoich rzeczy. Musimy się wrócić. Poza tym gdzie pojadę?
-Tacy ludzie czekają tylko, aż wrócisz po 'rzeczy' i znowu zaczynają swoją pogoń. Jeśli o mnie chodzi mogę cię zawieść do tego domu...
-Ja umm...Nie chcę, ale Justin i tak nie mam gdzie pojechać. 
-Zawiozę cię do siostry. 
-Nie.
-Dlaczego? 
-Nie chcę. Wandy ma męża i dziecko. Nie mam zamiaru narażać jej rodziny.
-To do jakieś przyjaciółki.
-Cóż zdaje się, że wszystkie straciłam. Dawniej mogłabym liczyć na Ellen...Poza tym większość z nich także ma dzieci...gdyby dowiedziały się, że ściga mnie zabójca...Pojadę do hotelu.
Zesztywniałam na myśl o pobycie w hotelowym pokoju. Było tam tak wielu ludzi, a jednak czułam się tam samotna. Wzięłam głęboki oddech i wyprostowałam się. Nie mogłam znowu okazać swojej słabości. Nie teraz.

POV Justin
Powoli spojrzałem na dziewczynę. Próbowała zrobić dobrą minę do złej gry, jednak przez jej zielone oczy przenikał ból i strach. Oboje byliśmy wykończenia, a ona  na dodatek była przerażona i miała do tego całkowite prawo. Ale co mogłem zrobić? Nie mogłem jej zostawić w przypadkowym hotelu o tej porze...Samej...
Kolejny raz tego dnia westchnąłem próbując pozbyć się zbędnych emocji i skręciłem w wąską ulicę. Minęliśmy park otoczony wysokimi drzewami i przejechaliśmy koło kolejnych kamienic. Parcele stały w równych odstępach. Niczym się nie odznaczały. Były to zwykle domki z białego drewna, otoczone wysokimi drzewami i ogrodami. Okolica nie cieszyła się dużą popularnością. Było to miejsce nadzwyczaj spokojne i ciche, co widocznie nie odpowiadało każdemu. Właśnie to tak bardzo spodobało mi się w tym miejscu. Przypominało mi moje rodzinne Stratford, Kanadę.
Powoli skręciłem w prywatną drogę przez mały lasek. Chwilę jechaliśmy po nieutwardzonej ziemii, aż stanęliśmy na podjeździe usypanym ze żwiru.
Niepewnie wyłączyłem silnik i utkwiłem wzrok w kobiecie. Ogarnęły mnie ogromne wątpliwości, ale było za późno, aby się wycofać.
-Gdzie jesteśmy? - spytała cicho, wpatrując się w mały domek.
-W miejscu o wiele bezpieczniejszym niż hotel. Tylko na dzisiaj. Zanim nie zorganizujemy czegoś lepszego. - posłałem jej uśmiech i obszedłem auto, aby otworzyć jej drzwi. Ciągle lekko zszokowana powoli wyszła z samochodu i spojrzała na mnie.
-Kto tu mieszka?
-Ja. - odpowiedziałem niepewnie.
                                   ~*~
Witam z nowym rozdziałem Lottery!
Nie jest jakiś fantastyczny [brak weny] mimo to liczę, że chociaż odrobinę was zaciekawię.
Dziś mija rok od koncertu Justina w Polsce Ahdojaohso :') Wracaj do nas kochanie!
Cytacik:
"Robiąc tylko to, w czym jesteśmy dobrzy, nie uczymy się niczego nowego"
 ~Justin Bieber

PROSZĘ WAS MOCNOOOO SKOMENTUJCIE!

niedziela, 9 marca 2014

Seven.

POV Nicole
Zdezorientowana spojrzałam na Justina, który stał przede mną.
-Jak to n-nie żyje?
-Miała wypadek...ja jeszcze nie wiele wiem...
-Ale...
-Nicole, przykro mi. - Między nami nastała nieprzyjemna cisza.
Jeszcze kilka minut temu z zapałem szykowałam sałatkę z kurczakiem, a teraz stałam załamana i trzęsąca się z kolejną dawką emocji. Czy życie nas nie zaskakuje? Co za ironia. Na prawdę uwierzyłam, że wszystko się ułoży...,że będzie lepiej. Pomyślicie: "Dziewczyno ona miała romans z twoim facetem!"...i za to jej nienawidzę, ale na pewno nie życzyłam jej śmierci...Może nawet nie byłam w tym momencie smutna. Raczej byłam zmęczona tym wszystkim. To było jak czekanie na wyrok. W tym momencie nie rozumiałam słów Justina. To wszystko wydawało mi się niemożliwe. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym jak umrę, choć w ciągu kilku dni nie brakło ku temu powodów. Ludzie chcą zginąć za ukochaną osobę...a ja zginę z nieznanych mi przyczyn? Bez przyjaciół, rodziny i miłości...?
-Musisz jechać ze mną na miejsce wypadku. - szepnął chłopak.
-Wypadku? Wierzysz, że to był wypadek? - powiedziałam z lekkim wyrzutem.
-Szczerze mówiąc...nie.
-Tak myślałam. - pokręciłam ze smutkiem głową. - Zabiłam ją - wyszeptałam patrząc w oczy Justina.
-Co? Nie, Nicole. Przecież ty nic nie zrobiłaś.
-Zginęła z mojego powodu. To mnie ktoś chcę zabić. Poprzez zabójstwo Caroliny chciał mnie przestraszyć. Chciał żebym się poddała i wiesz co...udało mu się! Poddaję się! Mogę sama się zabić! Nie rozumiem. Nic nie rozumiem. Dlaczego ja? Mam dość wiecznego udawania silnej. Mam dość tego wszystkiego! - odwróciłam się na pięcie i szybko wbiegłam na górę. Chciałam ukryć się przed światem. Byłam nikim. Nic nie wartą ofiarą. Szybko wbiegłam do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Co chciałam zrobić? Zasnąć...najlepiej na zawsze. Kiedy zasypiamy zapominamy o świecie. Czasem dręczą nas koszmary...ale wiemy, że to wszystko złudzenie. Budzimy się i uderza nas najgorszy koszmar. Miejąc otwarte oczy widzimy smutki tego świata. W dodatku nie da się tu zapomnieć o smutku, o cierpieniu...To jest wszędzie. W telewizji, w gazecie, w radiu. Słyszymy o dzieciach, które nie mają co jeść, o żołnierzach, którzy giną dla pokoju na świecie, o ludziach bez domów...smutek nas przepełnia. Opuszczamy nasze cztery ściany i popełniamy jeszcze większy błąd. Patrzymy na te wszystkie smutki. Widzimy je wszędzie. Ludzie nas zawodzą. Świat byłby piękny, gdyby tylko nie było ludzi. Oni wszystko niszczą. Zabijają innych nie tylko czynami, ale też słowami...to boli. 
Zamknęłam oczy i zaczęłam głośno płakać. To było moją winą. Niszczyłam to wszystko. Zabiłam Davida, zabiłam Caroline...kto jeszcze zginie? Po chwili drzwi zaskrzypiały i do pokoju wszedł Justin. Powoli otworzyłam oczy i przyglądałam się chłopakowi. Chwilę stał koło mojego łóżka i nic nie mówiąc wpatrywał się we mnie. Denerwowało mnie to. Denerwowała mnie jego obecność. Nie lubiłam, gdy ludzie widzieli mnie w takim stanie, a on widział mnie za często w stanie krytycznego załamania. Powoli usiadłam i westchnęłam głęboko.
-Jedźmy już. - chwyciłam leżącą przy łóżku torebkę i powoli wstałam z łóżka.
-Jeśli chcesz możemy pojechać tam później.
-Nie. Chce mieć to już z głowy.
-Rozumiem. - policjant wyprzedził mnie i otworzył mi drzwi. Przewróciłam oczami i wyszłam z pokoju. Wiedziałam, że traktował mnie jak słabą porcelanową lalkę. Myślał, że zaraz się złamię. Rozpadnę na kawałki, ale ja nie byłam 'mięczakiem' umiałam walczyć i byłam do tego przyzwyczajona. Z 'pokerową twarzą' opuściłam dom i zatrzymałam się przy aucie Biebera. Justin chwilę rozmawiał z policjantem, który jak się domyślam miał zostać w domu i go pilnować. Po chwili policjant otworzył auto i szybko wsiadł do środka, co także uczyniłam. W środku było dość zimno. Objęłam ciało ramionami i wpatrywałam się w widok za oknem.
-Poprosiłem Johna, żeby wezwał kogoś do drzwi. Na pewno nie będą takie ładne jak poprzednie, ale przynajmniej będą. - chłopak odezwał się kiedy byliśmy już w drodze. Cicho zaśmiał się i poprawił swoją kurtkę.
-Jestem ci wdzięczna.
-Żartujesz, prawda? Przecież to ja je zepsułem.
-W mojej obronie.
-Co nie zmienia faktu, że...
-Skończ, Justin. - chłopak zamilkł i z uwagą wpatrywał się w drogę. Obraził się na mnie? Może i miałam jakieś humory. Może byłam nie znośna, ale to dlatego, że to mnie bolało. To było za dużo...nie dawałam rady i myślę, że każdy kto przeżyłby to co ja czułby się podobnie. 
W ciszy dojechaliśmy na miejsce. Zatrzymaliśmy się w środku jakiegoś lasu. Droga wydawała mi się przerażająca. Wydawało się, że opuszczone drzewa same mówią 'Zabójczyni', a stary asfalt prowadzi do zguby. Byłam w tym miejscu pierwszy raz. Westchnęłam głęboko i spojrzałam na chłopaka.
-Justin? - odwrócił się i spojrzał na mnie. Jego wzrok był taki bez uczuć...taki pusty...wydawało się, że nie da się go nauczyć miłości. Potrzebowałam wsparcia. Nawet jeśli było ono od gliny bez serca. - Boję się. - szepnęłam patrząc głęboko w oczy szatyna.
-Wiem. - powiedział cicho i potarł moją dłoń. - Ale wszyscy się boimy. Wszyscy jesteśmy samotni. Wszyscy jesteśmy przeciętni. Wszyscy popełniamy błędy...i wiesz? Wszyscy czasem potrzebujemy pomocy.
Chwilę milczeliśmy wpatrując się w siebie. Po chwili ciszę zastąpił mój cichy płacz. Słone łzy same zaczęły spływać po mojej twarzy i nie czułam się wcale źle z tym. Czułam, że każda łza wyzbywa mnie strachu. Pozbywam się emocji i bólu. 
-Dziękuję. -szepnęłam pocierając oczy.
-Nie ma za co.
W ciszy opuściliśmy samochód i udaliśmy się w kierunku kilku ludzi stojących przy wysokiej skarpie. Zatrzymałam się przy jej brzegu i zakryłam usta dłonią. Przepaść była bardzo głęboka, a na jej dnie leżało auto Caroliny. Nie oddychałam równomiernie i trzęsły mi się nogi. Po chwili poczułam na mojej talii lekki uścisk i Justin zaczął powoli prowadzić mnie do schodków prowadzących w dół. Rozciągała się tam malownicza polana, otoczona piaskiem i leżąca nad błękitnym jeziorem. Byłoby to piękne miejsce...Jednak dla mnie już nigdy nie stanie się takie. Powolnym, chwiejnym krokiem zeszłam na dół i stanęłam na żółtym piasku. Ten nasypał się do cienkich tenisówek, które miałam na sobie i nie przyjemnie zaczął drażnić moje stopy. Nie zwracając na to uwagi powoli zaczęłam podążać w stronę auta, a właściwie tego co z niego zostało. Wiedziałam, że policjant został w tyle. Rozmawiał z innym gliną i jak zwykle zapisywał wszystko w małym notesie. Zbliżyłam się do roztrzaskanego auta i schyliłam w kierunku szyby. Obawiałam się zobaczenia najgorszego.
-Nie ma jej. Na identyfikację zwłok udamy się potem.
-Mówisz o tym tak spokojnie. - powiedziałam odwracając się w kierunku chłopaka.
-To moja praca, Nicole.
-Wiem. Wiem panie Bieber. - mrugnęłam do niego i obeszłam samochód dookoła. - Więc...po co mnie tu przywiozłeś? - chłopak westchnął i spuścił wzrok.
-Miałem zabrać cię potem na przesłuchanie i musisz zidentyfikować...
-Tylko dlatego? - przerwałam mu i utkwiłam wzrok w odłamkach auta.
-Po prostu nie mogłem cię zostawić samej, ok? To byłoby nie rozważne. - uśmiechnęłam się usatysfakcjonowana odpowiedzią szatyna i schyliłam się patrząc na wrak. To wyglądało strasznie. Wszędzie były odłamki auta a w dodatku, gdzie nigdzie widać było zaschniętą krew.
-Nicole. Musisz coś zobaczyć. - powiedział Bieber odchodząc od tego samego gliny co poprzednio. Powoli wstałam i udałam się w jego kierunku.
-Myślę, że to może zaboleć.
-Justin, przerażasz mnie. - policjant wyciągnął przed siebie plastikową torebkę w którą zazwyczaj chowają dowody ze sprawy. Znajdował się w niej mały skrawek  papieru z nierówno zapisanymi literami.
-To pismo Caroliny. - szepnęłam patrząc na kartkę.
-Zamierzamy to sprawdzić, ale prawdopodobnie zabójca Caroliny kazał jej to napisać, potem ją zabił i zepchnął jej auto.
-Czy...mogę to przeczytać?
-Oczywiście. - mężczyzna powoli wręczył mi papier znajdujący się za folią i zrobił kilka kroków w tył. Krzywe litery były trudne do rozgryzienia, tym bardziej, że Carolina nawet pisząc powoli nie pisała zbyt czytelnie. Mimo wszystko z trudem odczytałam kilka zdań znajdujących się na kartce.
'Wydaję ci się, że wiesz już wszystko. 
Wydaję ci się że to tylko moja wina, ale wiedz, nie wiesz wszystkiego.
 Nie jeden jeszcze zginie zanim nasza loteria się zatrzyma.
 Żegnaj kochanie.'
Wstrzymałam oddech i chwilę wpatrywałam się w kartkę. Prawie w każdym filmie, gdy ofiara zostawia list, stara się ułożyć litery tak, aby były pomocne w odkryciu sprawy. Chociażby pierwsze litery...ale tu nie było nic. Żadnej wskazówki. Jednak czy możliwe, aby Carolina napisała ten list z własnej woli...przecież nie mogła przewidzieć wypadku...w takim razie szaleniec, który chce mnie zabić, nie ukrywa się z tym zbytnio. Otwarcie przyznaje w tym liście, że chce się zabawić i zanim zabije mnie...zabije osoby, które kocham...w dodatku otwarcie poinformuje mnie o ich tajemnicach. Nie byłam pewna, czy chciałam brać udział w tej 'grze', ale chyba nie miałam za wiele do powiedzenia. Posłusznie udałam się za Justinem i wręczyłam mu plastikową torebkę.
-T-ty to czytałeś?
-Tak Nicole. Mówiłem, że to może być...zaskoczeniem.
-To mnie raczej przeraziło...nie zaskoczyło.
Chłopak westchnął głęboko i skinął głową na samochód. Po chwili sam udał się do auta i spokojnie czekał, aż usiądę obok. Ostatni raz spojrzałam na roztrzaskane auto Caroliny i powoli stąpając po miękkim piasku udałam się w stronę parkingu. 
-Czyli teraz czeka mnie najgorsze? - powiedziałam bez emocji wsiadając do środka. Chłopak spojrzał na mnie trochę zdziwiony i powoli odpowiedział.
-Zależy co masz na myśli.
-Nie chcę tego zobaczyć. - westchnęłam głęboko i utkwiłam wzrok w swoich palcach.
-Wiem, ale potrzebujemy potwierdzenia. Twój ojciec jest na jakieś konferencji i będzie tu za kilka dni, a twoja siostra nie odbiera telefonu i...
-Co?! Wandy! A jeśli coś jej się stało?! Boże Justin!
-Spokojnie. Wysłałem już kilku ludzi, żeby sprawdzili co z nią. 
-Nie wiem czy mogę być spokojna. Póki co wasi ludzie nie spisują się za dobrze.
Nic nie mówiąc, Justin szybko wyjechał na drogę i ruszył w nieznanym mi kierunku. Nie jechaliśmy długo. Było to zaledwie kilka minut, a jednak cisza panująca między nami bardzo mnie denerwowała i była dość krępująca.
Budynek pod którym zatrzymaliśmy się wydawał się nowy. Błyszczące ściany połyskiwały w blasku słońca. Budynek otaczał piękny ogród, po którym spacerowali ludzie. Spojrzałam zdziwiona na Justina. Może był to zwykły szpital? Taki sam w jakim pracuje ja? Tam też znajduje się oddział do przechowywania zwłok...jakkolwiek to brzmi.
-To szpital dla ludzi psychicznie upośledzonych. Drugą połowę zajmuje kostnica. - widać było, że nie miał ochoty wprowadzać mnie w szczegóły. Ja też tego nie chciałam. Nic nie mówiąc wysiedliśmy z auta i skierowaliśmy się w stronę drzwi. Justin lekko popchnął drzwi i odsunął się wpuszczając mnie przed siebie. Szliśmy przez długi korytarz. Ściany pomalowane były na biało. Wszędzie były białe meble. Podłoga również była biała. W oczy rzuciło mi się czerwone jabłko leżące w rogu na małym stoliku. Była to jedyna rzecz, w kolorze innym niż biel...
Spojrzałam na policjanta. Wydawał się całkiem niewzruszony. Przeraziło mnie to jak mało można wyczytać w jego oczach. Jego twarz była nie przenikniona. Szedł nic nie mówiąc i wpatrując się obojętnie w przestrzeń. Mimo wszystko był cały czas ze mną. Wspierał mnie i nie byłam pewna czy to było w jego służbowych obowiązkach. Nagle Justin zatrzymał się pod dużymi białymi drzwiami i zerknął na mnie zanim złapał za klamkę. Gdy tylko weszliśmy do środka podszedł do nas starszy mężczyzna. Miał ciemne, kręcone włosy, które sterczały w każdą możliwą stronę. Wydawał się zmęczony. Co chwile nerwowo poprawiał okulary, zsuwające się z jego dużego nosa. Justin szybko wyciągnął błyszczącą odznakę i podetknął ją pod nos staruszkowi. 
-Cześć Bieber. - wrzasnął głos za nami. - Dawno cię nie było. Do kogo w odwiedziny?
Przed nami stanął niski, tęgi mężczyzna. Nie miał prawie w ogóle włosów, a jego ciało pokrywały tatuaże podobne do tych, które zdobiły ciało Biebera. Nie wyglądał za dobrze. W zasadzie był obleśny. W jednej ręce trzymał kubek, cały zalany kawą, drugą zaś wyciągnął w stronę Justina.
-Cześć Luck. - Justin podał mu rękę i uśmiechnął się nieśmiało. Mężczyzna uścisnął dłoń i cofnął się do tyłu.
-Więc?
-Carolina Hale.
-Ahh ta z dzisiaj?
Odchrząknęłam patrząc na szatyna. Okropnie denerwował mnie sposób w jaki mówią o martwych.
-Witam piękną panią. - wyciągnął w moim kierunku brudną dłoń, jednak zlekceważyłam to i zwróciłam się do Justina.
-Mogę mieć to już za sobą?
-Tak chodźmy. - policjant przeszedł przede mną i rozmawiając z Luckiem udali się w stronę dużych białych drzwi. 'Świetnie'. Niezauważona podeszłam do chłopaka i stanęłam za nim. Pomieszczenie do którego weszliśmy wyglądało jak w kryminale, jak w tych bzdurnych filmach, które zawsze uwielbiałam oglądać. Ściany pomalowane były na brudny biel. Na przeciw nas stało ze sto szuflad, które jak domyślałam się nie służyły do trzymania papierów. Były to szuflady na zwłoki ludzkie. Wszystkie ponumerowane i uszeregowane. Czarna posadzka błyszczała od czystości i mogłam w niej zobaczyć swoją przerażoną twarz. Powoli przeszłam za Justinem i stanęliśmy koło jednej z szuflad z numerem 123.
-Ostrzegam, że nie wygląda za dobrze. - Powiedział Luck i powoli chwycił za metalowy uchwyt. Szafka rozsunęła się z szumem, a po pomieszczeniu rozszedł się nieprzyjemny zapach. Zachwiałam się i zrobiło mi się słabo. Justin złapał mnie w talii i delikatnie przytrzymał. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że nikt nie zobaczy tego jaka w tym momencie byłam słaba i zagubiona. Czy muszę wam mówić co było potem? Przecież wiecie... Powiem wam jedno...tego widoku nie zapomnę do końca życia. Nie pamiętam za wiele z tamtej chwili. Wpadłam w objęcia Justina i zaczęłam płakać tak głośno jak tylko potrafiłam. Dławiłam się łzami i byłam pewna, że chłopak miał mokrą już całą koszulkę. Usłyszałam odgłos zamykanej szuflady i kroki odchodzącego Lucka.
-Przykro mi. - powiedział przed wyjściem z pokoju. Kłamał. Nie było mu nawet żal. A czy mi było? Sama nie wiedziałam...Czułam się zagubiona i przerażona.
-Przepraszam. - powiedziałam odsuwając się od policjanta.
-Nie masz za co.
Między nami zapanowała cisza.
-Czyli jesteś pewna, że to...
-Tak Justin. Jestem pewna, że to ona.
Nic nie mówiąc wyszliśmy z kostnicy. Szybko przeszliśmy przez budek i po chwili stanęliśmy na pustym parkingu. Przy wejściu stał tylko jego samochód do którego po chwili wsiedliśmy i wyjechaliśmy na drogę. 
-To było straszne. - wyszeptałam bardziej do siebie, niż do chłopaka.
-Wiem. - odpowiedział. Zdziwiło mnie to. Nie tylko dlatego, że myślałam iż nie słyszał moich słów, ale i dlatego, że to był on Justin Bieber - glina bez serca, bez uczuć, bez namiętności...
Chłopak westchnął głęboko i spojrzał na błyszczący zegarek. 
-Może pojedziemy coś zjeść? Jest pora lunchu.
Bezmyślnie kiwnęłam głową i utkwiłam wzrok w chłopaku.

                                                                        ~*~

Hej! Mam przyjemność witać was na blogu z nowym pięknym szablonem wykonanym przez -
Jak widzicie możecie teraz z łatwością zaobserwować moje konto google oraz dołączyć do grona czytelników Lottery. Opcja ta nie była wcześniej dostępna.
(Swoje opinie na temat nowego wyglądu możecie zostawić w komentarzach)
Oprócz tego na blogu zachodzi zmiana.

WAŻNE! ZMIANA! 
Od tej pory rozdziały Lottery będą krótsze, ale za to postaram się częściej je dodawać. 

Chciałabym wam podziękować za miłe słowa na Twitterze i szczególne podziękowania skierować również do Majki S. - naszej szkolnej dziennikarki.
Dziękuję wam za wszystko!

Niedługo obiecany Harry Styles :3

CZYTASZ=KOMENTUJESZ

sobota, 15 lutego 2014

Six.

POV Nicole.
Cisza ogarnęła cały dom. Słyszałam tylko swój równomierny oddech i cichy płacz Caroliny. Wiedziałam, że jeszcze chwila, a życie jeszcze bardziej mnie pogrąży. Przyjdzie czas kiedy się poddam. Teraz był ten czas. Nie miałam już ochoty walczyć. Świadomość, że wyjście z domu może wiązać się dla mnie ze...śmiercią, wcale mi nie pomagała. To było trudne. Cholernie.
Było już dobrze po trzeciej nad ranem kiedy ciszę przerwał nagły dzwonek mojego telefonu. Powoli podniosłam się z łóżka i chwyciłam leżącego na półce iPhona. Nie wiele myśląc z gniewem odebrałam połączenie i mruknęłam coś do słuchawki.
-Proszę pani, wszystko u pani w porządku? - usłyszałam zatroskany głos Biebera i podświadomie uśmiechnęłam się, jednak po chwili mój uśmiech zastąpiło przerażenie a moje ciało napięło się.
-C-czemu miało by nie być? - wyjąkałam, wycierając zaschnięte łzy.
-Nie udało się. - szepnął - Jadę do pani.
-A-ale co...?
-Po prostu proszę się upewnić że wszystkie okna i drzwi zostały zamknięte i pod żadnym pozorem nie wychodzić z domu. Zaraz będę. - Policjant rozłączył się, nie czekając na moją odpowiedź, a w pokoju znów nastała cisza. Udałam się do łazienki i przemyłam zmęczoną twarz chłodną wodą. Delikatnie wytarłam zmęczoną skórę i przeczesałam szczotką włosy, które pozostawiłam rozpuszczone, tak aby choć trochę zasłaniały moje czerwone, zapłakane oczy. Z szafki obok zlewu wyjęłam tabletkę na ból głowy i chwytając szklankę z wodą bez wahania połknęłam lek. Powoli wróciłam do pokoju i stanęłam przed szafą. Było w prawdzie późno, ale nie miałam zamiaru prezentować się w piżamie. Wyciągnęłam z szuflady czystą bieliznę, jasne błękitne jeansy i długi kremowo-granatowy sweter. Szybko przebrałam się i stanęłam przed lustrem. Na rękę wsunęłam bransoletkę, a we włosy wpięłam małą spinkę. Zadowolona ze stroju podeszłam do okna i usiadłam na parapecie. Chwilę siedziałam w spokoju, który zakłóciła Carolina. Powoli podeszła do mnie i usiadła obok.
-Przepraszam. - prychnęłam na jej słowa. Wcale nie żałowała.
-Wychodzisz? - bardziej stwierdziłam, niż zapytałam. Dziewczyna niepewnie pokiwała głową.
-Ale widzę, że ty też będziesz mieć gościa. - wyszeptała analizując mój strój.
-Może myślisz, że mam kochanka? - zapytałam patrząc na nią z pogardą.
-Nicole.
-Wyjdź.
-Jadę potem spotkać się z twoim ojcem. Będziemy za parę dni. - Kobieta wstała z miejsca i podeszła do drzwi. Z nie dowierzaniem pokiwałam głową i wstałam z parapetu. Nie rozumiałam jak mogła po tym wszystkim wciąż okłamywać ojca i w dodatku spotykać się z nim. - Przepraszam. Będziemy w kontakcie. - szepnęła i wyszła.
Westchnęłam głęboko. David. Osoba, która miała nie zawodzić. Osoba, która miała być na zawsze. Osoba, która miała być wierna. Osoba, która miała miejsce w moim sercu...Jakie to przykre, że o jego wadach dowiaduje się dopiero kiedy już go nie ma. To nie miało prawa się udać. Cały nasz związek był chory.
Kiedy usłyszałam odgłos zamykanych drzwi wyszłam z pokoju i stanęłam przed schodami. Sama, w niebezpieczeństwie, w ogromnym domu, bez broni i o późnej porze. Gdybym była zabójcą zaatakowałabym...teraz. To była idealna okazja, a ja już sama nie byłam pewna czy w tej sytuacji najłatwiejszym rozwiązaniem nie byłaby śmierć. Wolno zeszłam na dół i udałam się do dużej kuchni. Srebrne, wypolerowane naczynia kusiły by położyć na nich choć kęs domowych przysmaków robionych przez gosposie ojca. Wyciągnęłam z szuflady błyszczący, srebrny nóż i ucięłam kawałek pachnącej szynki, którą ułożyłam na ciemnym chlebie wcześniej posmarowanym masłem. Usiadłam na blacie i wpatrując się w dwa ogromne okna zaczęłam jeść kanapkę. Bez pośpiechu zjadłam posiłek i odłożyłam talerz do zlewu, po czym wróciłam na poprzednie miejsce i opierając się o ścianę dalej wpatrywałam się w okno. Szare chmury widoczne na ciemnym niebie wyglądały na prawdę strasznie. Co jakiś czas na ogromnym drzewie siadały ptaki. Jedne pięknie śpiewały dając przyjemny koncert dla uszu. Inne tylko skrzeczały i miało się ochotę rzucić w nie kamieniem, aby umilkły. Podeszłam do jednego z okien i chwyciłam za sznureczek od rolety. W momencie kiedy zaczęłam zasłaniać okno moją uwagę przykuła postać stojąca obok drzewa i wpatrująca się we mnie błyszczącymi oczami. Mała latarnia lekko oświetlała jej sylwetkę i dokładnie mogłam zauważyć przedmiot przez który omal nie dostałam zawału. Czarny, wypolerowany pistolet w dłoni nieznajomego sprawił, że odsunęłam się od okna i niewiele myśląc chwyciłam nóż leżący na blacie. 'Może schować się do piwnicy? Albo wbiec na górę i zadzwonić po pomoc? Może szybko uciec z domu? Co mam robić?!' Mój strach stał się jeszcze większy w momencie, gdy w domu rozbrzmiało pukanie do drzwi. 'Czy mój zabójca pukałby? Przecież to proste, że nie otworzyłabym'. Powoli zbliżyłam się do wejścia i oparłam się o ścianę. Trzymając wyciągnięty przed sobą nóż przeszłam jeszcze kilka kroków bliżej i stanęłam przed klamką. Ktoś kolejny raz zapukał i tym razem pociągnął za rączkę od drzwi. Całą swoją uwagę skupiłam na dźwiękach dochodzących z podwórka i ogromnie się przeraziłam, gdy usłyszałam swoje imię kilkakrotnie wywoływane przez nieznajomego. Po chwili osoba stojąca zza drzwiami zaczęła w nie uderzać jakby próbowała je wywarzyć. Nie wiedziałam co mam robić. Zaczęłam rozpaczliwie krzyczeć i próbowałam zastawić drzwi fotelem, jednak słysząc mój krzyk napastnik zaczął jeszcze mocniej uderzać w drewniane drzwi. Słychać było tylko jak powoli pękają zawiasy, a drzwi wypadają z framugi. Wystarczyły jeszcze dwa pchnięcia i drzwi runęły przede mną. Nie miałam planu. Po prostu wyciągnęłam jeszcze bardziej przed siebie nóż i zaczęłam krzyczeć jeszcze głośniej.

-Cholera Nicole! Czemu do jasnej cholery nie otwierasz tych pieprzonych drzwi?! - otworzyłam szerzej oczy i w zdumieniu przyglądałam się Justinowi pocierającemu widocznie obolałe ramię.
-J-ja...
-I po co ci ten nóż?! - Nie wiedząc co z sobą zrobić usiadłam na fotelu stojącym obok. Justin klęknął obok i niezdarnie przyciągnął mnie do siebie.
-Już dobrze. Będzie dobrze. - powtarzał delikatnie pocierając moje plecy. Zdziwił mnie jego spokojny ton głosu. Za pewne ma już dobrze wyćwiczone pocieszanie innych, ale mimo iż byłam prawie pewna, że wcale mi nie współczuje, pod wpływem jego głosu uspokoiłam się. - Powiesz mi teraz co się stało?
Pokiwałam z niesmakiem głową i wstałam poprawiając zagnieciony sweter. Justin wziął drzwi leżące na podłodze i z zabawną miną włożył je niezdarnie w puste miejsce.
-Przepraszam za nie. - szepnął zawstydzony, ale widocznie rozbawiony zaistniałą sytuacją. 
-Jest ok. - policjant podszedł do stolika na którym odłożyłam nóż i spojrzał mi w oczy.
-Więc...?
-Po tym jak do mnie zadzwoniłeś zeszłam na dół coś zjeść i wtedy...przy drzewie, zza oknem...ummm...stał człowiek z pistoletem. - wyjąkałam nie patrząc w oczy szatyna, obawiając się, że wyśmieje mnie. Jednak po chwili męczącej ciszy spojrzałam w jego brązowe tęczówki, które nie miały widocznie ochoty na żarty. Były ciemne i...przerażone?
-Widziałaś jego twarz? - 'zaraz, zaraz a co się stało z panią Nicole i panem Bieberem...'. Szczerze mówiąc nie przeszkadzało mi to. Gdyby nie incydent pod szpitalem, za pewne już dawno byłabym z Bieberem znajomymi. Mieliśmy to samo męczące usposobienie.
-Ummm nie, ale oczy tej osoby...były takie błyszczące i...znajome...
-Rozpoznałabyś tego człowieka?
-Nie sądze. - Justin westchnął głęboko i potarł czoło. Zaczął chodzić po całym domu i mówić coś pod nosem.
-Justin...powiesz mi czemu się nie udało?
-Słucham?
-Kiedy dzwoniłeś...powiedziałeś, że nie udało się...
-Aaaa tak...

POV Justin

*-Gill...jaki? - spytałem patrząc w oczy chłopaka i wyjmując mały notes z kieszeni spodni.
-Jones. - chłopak zmarszczył czoło i mocniej ścisnął krwawiącą nogę.
-Nie będę patrzył na to, że krwawi ci nóżka panie Gill - wysyczałem przez zęby klękając przed nim - chciałeś zabić człowieka, a ja nie mam szacunku do takich ludzi. Rozumiesz?
-Z-zabić?! - wyjąkał dzieciak, rozszerzając oczy - Ja tylko chciałem wynieść kilka rzeczy z tego domu...
-Nie ładnie. - pokiwałem głową i znów otworzyłem notes - Kłamanie funkcjonariuszy? Ups Gill. Posiedzisz sobie.
-Justin! - odwróciłem się w stronę Johna biegnącego w moją stronę. - To nie ten człowiek. Sprawdziliśmy go. - Mężczyzna odciągnął mnie od chłopaka.
-Co?
-Siądzie tylko za próbę kradzieży. Wprowadził się tu kilka dni temu. Nawet nie zna Nicole. Uciekał przed ojcem alkoholikiem. Nie ma nic...Możliwe, że trafi do domu dziecka. Nie osiągnął nawet pełnoletności.
-Cholera. - kopnąłem z rozdrażnieniem w ziemie.
-Pogotowie już jedzie. Przykro mi stary. Nikt nie mówił, że musi się udać. - John odszedł i zostawił mnie w osłupieniu. Ten plan wydawał się idealny. Tymczasem Nicole wciąż jest w niebezpieczeństwie, a jej zabójca jest na wolności. 'Nie spisałeś się Bieber'. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i z niecierpliwością czekałem, aż usłyszę znajomy głos. Obawiałem się, że dziewczyna nie odbierze. W końcu był środek nocy, jednak ku mojemu zdziwieniu już po dwóch sygnałach, w słuchawce rozbrzmiał łagodny głos Nicole.
-Proszę pani, wszystko u pani w porządku? - powiedziałem ze zmartwieniem. Dziewczyna przez chwilę nie odpowiadała.
-C-czemu miało by nie być? - wyjąkała.
-Nie udało się. - szepnąłem - Jadę do pani.
-A-ale co...?
-Po prostu proszę się upewnić że wszystkie okna i drzwi zostały zamknięte i pod żadnym pozorem nie wychodzić z domu. Zaraz będę. 
Rozłączyłem się i podszedłem do wciąż leżącego na ziemi Gilla.
-Trzymaj koleś. - powiedziałem dając mu 20$. Wiem jak to jest być biednym...do tej pory nie żyje w nadzwyczajnym luksusie, ale na pewno mogę pomóc dzieciakowi.
-A-ale ja nie mogę...
-Możesz. Słuchaj przepraszam. Do złodziei też nie mam szacunku, ale rozumiem cię. Po prostu tego nie rób, ok? Cokolwiek by się działo nie poddawaj się. Dasz radę.
-Nigdy nie uda mi się osiągnąć sukcesu.
-Nigdy nie mów nigdy. - Posłałem chłopakowi uśmiech i odszedłem od niego. Chwilę potem na miejsce przyjechało pogotowię i zapakowali chłopaka do środka.
-Jadę do Nicole. - powiedziałem do Johna, który był zajęty spisywaniem sprawy.
-O czym gadałeś z tym chłopakiem? - zapytał, a ja spojrzałem na niego zdziwiony, udając, że nie wiem o czym mówi.
-Ja? - zapytałem wskazując na siebie.
-Nie powiesz prawda?
-A jak myślisz? - posłałem mu szeroki uśmiech i wsiadłem do samochodu. Po chwili, wyjechałem na drogę i udałem się szybko w stronę domu ojca dziewczyny.

Opowiedziałem dziewczynie o całym zajściu, pomijając jedynie fakt o mojej 'szczodrości' wobec chłopaka.

-Więc możliwe, że to mój zabójca stał pod tym drzewem? - usłyszałem wystraszony i cichy głos Nicole.
-Tak. - powiedziałem nie patrząc w jej oczy. Ona tylko westchnęła i wstała z fotela podchodząc do okna i uważnie się rozglądając.
-Dziś nie zaatakuje. Wie, że jestem z tobą i w razie czego wezwę obstawę.
-Sama już nie wiem, czy nie chcę żeby zaatakował.
-Wiem, że to trudne, ale...
-Nie Justin. To wszystko mnie przerasta. Dowiaduje się o rzeczach o których wolałabym nie mieć pojęcia...
-Czyli?
-David miał romans...dziś z samego rana Carolina oznajmiła mi, że to ona była 'tajemniczą kochanką'. - dziewczyna załkała i pełen złości wzrok utkwiła we mnie. - Oszukiwała nie tylko ojca, ale i mnie...i całą rodzinę...Może lepiej, że David nie żyje. Inaczej to ja bym go zabiła...
-Przestań Nicole. - podszedłem do dziewczyny i stanąłem obok również wpatrując się teraz w okno. - Pójdę sprawdzić, czy pod tym drzewem nie ma jakiegoś tropu...czy coś. - dodałem po chwili niezręcznej ciszy. Powoli odsunąłem się od dziewczyny i udałem w stronę wyjścia, jednak zatrzymał mnie lekki uścisk na dłoni.
-Nie. Nie zostawiaj mnie. Proszę. - Nicole wyszeptała, głęboko spoglądając w moje oczy. 
Posłusznie stanąłem obok dziewczyny i wpatrywałem się w nią z zaciekawieniem.
-Myślę sobie...co by mi powiedział, gdyby żył? Gdyby był tu teraz?...Czy przeprosiłby?
-Nicole, on nie jest tego wart.
-Jak to? To była jedyna osoba, która znaczyła dla mnie...tak wiele.
-Wiem. Ale ty nie znaczyłaś dla niego tak wiele, skoro cię oszukiwał. Trudno w to uwierzyć, ale znajdziesz jeszcze człowieka, który będzie cię kochał. - dziewczyna spojrzała na mnie posyłając mi sztuczny uśmiech i poprawiła włosy.
-Dziękuję. - szepnęła.
Między nami znów zapanowała cisza. Staliśmy wpatrując się obojętnie w ciemne niebo i nie próbując rozpocząć rozmowy.
-Kiedy byłem u ciebie w domu...tam wisiało zdjęcie... - westchnąłem nie wiedząc jak powiedzieć dziewczynie o moim spostrzeżeniu. - Carolina wykazała się dużą odwagą mówiąc ci o tym co łączyło ją z Davidem, ale tak czy inaczej dzisiaj dowiedziałabyś się, że to ona. Przynajmniej takie miałem podejrzenia...Była na tym zdjęciu w tle z twoim ojcem i...
-Wiem o którym zdjęciu mówisz. Było robione na Hawajach, w czasie wakacji. Ojciec zaprosił nas z Davidem na wspólną podróż i...o Jezu to trwa już rok! - Nicole kręcąc głową podeszła do dużej półki z której wyciągnęła whisky i nalała go sobie do szklanki stojącej na małym stoliku.
-Widzisz o tym mówię! - krzyknęła, gdy opróżniła szklankę. - To wszystko jest do bani! Wszystko się pieprzy i sama już nie wiem dlaczego Bóg tak bardzo mnie nienawidzi! - Wrzasnęła nalewając sobie jeszcze jedną szklankę alkoholu.
-Hej, hej zwolnij dziewczyno. - powiedziałem, wyrywając Nicole butelkę i chowając ją do półki. - Dowiemy się tego, ok? Póki co mam dla ciebie informacje o tym 'wypadku' samochodowym. - dziewczyna kiwnęła głową na znak, abym kontynuował, a sama usiadła na fotelu. Udałem się za nią i pewnie usiadłem na krześle przed nią.
-Na pani samochodzie zauważyłem odpryski czarnego koloru na kaloserii, świadczące o tym, że samochód jaki w panią uderzył był rzeczywiście czarny. Okno od strony kierowcy jest rozbite gwieździście, czyli nie tak jak przy dachowaniu.
-To jasne, bo szkło rozbiło się przy ostatnim uderzeniu auta. Dopiero wtedy wypadłam z drogi. Pamiętałam, że czułam lecące na mnie szkło i dlatego zamknęłam oczy.
-Jesteś pewna?
-Tak...myślałam, że to nie ważne.
-Bardzo ważne, bo potwierdza się z tym co znalazłem w dzrzwiach twojego auta. Metal był pogięty, dlatego wcześniej trudno było dostrzec ten szczegół.
-Czyli?
-Dziurę po kuli. - Widziałem jak dziewczyna rozszerza oczy i w zdumieniu zasłania usta.
-Boże...było tak blisko...
-Kula uderzyła najprawdopodobniej w okno z tyłu głowy i ominęła cię. Trzeba mieć ogromne szczęście. - westchnąłem i powoli wstałem znów podchodząc do okna. - Ten człowiek zadaje sobie tyle trudu, żeby cię zabić...Jesteś pewna, że nie wiesz kto to?
-Zabójcy raczej nie dzwonią i nie przedstawiają się. - prychnęła i spojrzała na swoje dłonie.
-Przeciwnie. Bardzo często dzwonią. Chcą nastraszyć swoją ofiarę, ale może nie koniecznie przedstawiają się...
-Każdy marzy o byciu ofiarą.
-Ummm ja...
-Przestań. Wszyscy mówią, że będzie dobrze, ale jaką macie pewność? Możesz mi obiecać, że przeżyje, Justin? - dziewczyna podeszła do mnie niebezpiecznie blisko i położyła swoją dłoń na mojej klatce piersiowej. - Możesz obiecać, że wszystko się skończy dobrze?
-N-nie...,ale mogę obiecać, że zrobię wszystko co w mojej mocy...
-No właśnie. Nikt nie może obiecać...jestem zdana na los. To jakaś cholerna loteria. Mogę przeżyć, albo zginąć. Ty też nie wiesz, czy przeżyjesz, ale wiesz, że moja sprawa jest dla ciebie ważna. Piszą o niej w każdej gazecie...To od niej zależy twoja dalsza kariera...Dobrze o tym wiesz. - Nicole odsunęła się ode mnie i powoli usiadła na krześle.
Co miałem powiedzieć? Właśnie taka była prawda. Milczeliśmy przez jakiś czas nawet na siebie nie patrząc. Sam już nie wiedziałem czy ta sprawa jest dla mnie ważna ze względu na karierę i własną ambicję, czy ze względu na młodą kobietę siedzącą przede mną. Martwiłem się o nią...była dla mnie ważna. Wiedziałem, że policja, która miała ją obserwować nie zapewniała jej wystarczającej ochrony. Ten człowiek chciał ją zabić...i wystarczył jeden błąd, aby to uczynił...Powoli podszedłem do dziewczyny i klęknąłem przed nią.
-Nie mogę obiecać, że wszystko skończy się dobrze, ale mogę obiecać, że zrobię wszystko co w mojej mocy żeby ci pomóc i żeby złapać tego człowieka.
-Obiecujesz? - powiedziała patrząc na mnie smutnym wzrokiem. Wiedziałem, że w tym momencie całkowicie poświęcam się tej sprawie. Nigdy nie składam przysięg, których nie mogę spełnić, ale nie obiecałem, że go złapię...obiecałem, że zrobię co w mojej mocy.
-Obiecuję. - szepnąłem łapiąc dłoń kobiety.
-Dziękuję. - dziewczyna uśmiechnęła się i wstała. - Zrobię coś do jedzenia. Czuje się już lepiej. Możesz iść sprawdzić te ślady. 
Bez słowa wstałem i powoli zacząłem iść w stronę drzwi. Powoli odstawiłem na bok wyrwane drzwi i wyszedłem na zewnątrz. W mieszkaniu było chłodniej niż na zewnątrz. Pewnie przez te drzwi...Ta sytuacja tylko udowadnia jak bardzo zależy mi na Nicole. Kiedy nie otwierała, gdy ją wołałem byłem przerażony. Zacząłem uderzać w drzwi, żeby je wywarzyć, ale kiedy po chwili usłyszałem jej krzyk...byłem zrozpaczony. Jedno jest pewne. Nicole nie umiała się zachować w chwili zagrożenia. Bądźmy szczerzy. Choćby miała w dłoniach największy nóż z tego domu...tamten człowiek miał pistolet. W dodatku zamiast w ciszy spróbować wydostać się z domu, czy próbować wezwać pomoc...ona zaczęła krzyczeć. To na pewno nie było rozsądne.
Chłodny wiatr uderzał z każdej strony. Zatrzymałem się na ostatnim schodku i obserwowałem wznoszące się ku górze słońce. Wyjąłem z kieszeni paczkę papierosów i bez namysłu odpaliłem jednego z nich. Byłem przyzwyczajony do smaku i zapachu nikotyny. Gdybym powiedział, że pod jej wpływem uspakajałem się, czy zapominałem o problemach...skłamałbym...To było po prostu głupie uzależnienie. Papierosy dawały mi pewnego rodzaju zaspokojenie. Powoli podążałem wzdłuż długiej ścieżki prowadzącej aż za dom. Zatrzymałem się dopiero przy wysokim drzewie i kucnąłem pod nim. Nie trudno było zauważyć odcisk pary stóp w pobliżu latarni. 'Nieznajomy popełnił jeden błąd. Nie zatarł śladów.' pomyślałem. Zacząłem uważnie przyglądać się okolicy w poszukiwaniu jakiejś wskazówki. Nie byłem głupi i znałem przestępców na tyle, iż wiedziałem, że wróci. Będzie chciał zatrzeć trop. Zmylić nas. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i ostrożnie zrobiłem kilka zdjęć z różnej strony. Potem zabezpieczyłem miejsce, ale wiedziałem że jeśli nieznajomy będzie chciał się tu dostać zrobi to bez najmniejszego problemu. Zadzwoniłem do Marcusa, który odpowiadał za obstawę dla Nicole i kazałem mu wysłać chociaż jednego gliniarza do pilnowania tego miejsca, zanim przyjedzie ekipa i zbada odciski. 'Ciekawe czy teraz nasz zawodnik zaatakuje?' Oparłem się o drzewo i z uwagą wpatrywałem się w dom. Był piękny i ogromny...mimo wszystko czegoś w nim brakowało. Tego rodzinnego ciepła i miłości? Sam nie wiem. Ten dom był po prostu pusty. Zacząłem kręcić w palcach spalonego papierosa i jak to zwykle miałem zwyczaju będąc sam zacząłem cicho śpiewać. Chciałem zostać pod tym drzewem i wpatrywać się w niebo, ale niestety mam też pracę. 'A może sam się oszukuje? Może po prostu chcę wrócić do tego domu...do niej?' Kiedy zacząłem iść w stronę posiadłości, ciszę zakłócił dzwoniący telefon. Nie patrząc na ekran odebrałem go i czekałem na słowa dzwoniącego.
-Jesteś u Hale? - prawie wykrzyczał do słuchawki John.
-Tia.
-Przywieź ją natychmiast na komisariat.
-Coś się stało John? Jak masz jakąś sprawę to...
-Mamy sprawę. Nawet dwie sprawy.
-Czyli? Mów kurwa John.
-Harry Styles z policji okręgowej chcę przesłuchać Nicole i...
-Co?! Nie wystarczy, że my ją przesłuchiwaliśmy?
-Niestety. Oni decydują o nakazach i tych innych...zresztą wiesz...to procedury...Justin, ale jest jeszcze druga sprawa.
-Hmmm?
-Dziewczyna ojca Nicole...no wiesz ta cała Carolina. Miała wypadek. 
-Cholera. Będę musiał zawieźć Nicole do szpitala.
-Nie koniecznie.
-Jak to?
-Ona nie żyje.

*kursywą zapisane są wspomnienia [flashback]


                                                                              ~*~
Witam was z kolejnym rozdziałem 'Lottery'. Przepraszam za długą przerwę, ale dla osób które nie wiedzą. Blog był oficjalnie ZAWIESZONY na okres nie wiadomy. Rozdział był gotowy wcześniej, ale musiałam przemyśleć parę spraw. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie miałam totalny brak weny + były ferie. Zrozumcie.

Jak wam się podoba niespodzianka pod koniec rozdziału? W 'Lottery' już w następnym rozdziale pojawi się nowa postać Harry Styles. Dlaczego on? Wiem, że moje opowiadanie czyta kilka directionerek i to taki 'prezent' dla nich :P Jak ta postać wpłynie na dalsze losy Nicole i Justina? Tego dowiemy się już niedługo. 
Chętnie odpowiem na wasze pytania na ask.fm/SweetDreamsAnita

DZIĘKUJĘ SERDECZNIE WSZYSTKIM CZYTELNIKOM LOTTERY, KTÓRZY MIMO DŁUGIEJ PRZERWY NIE ZAPOMNIELI O TYM OPOWIADANIU. KOCHAM WAS.

CZYTASZ=KOMENTUJESZ

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Five.

Bardzo ważna notka pod rozdziałem. ↓

POV Nicole
  Deszcz nieprzyjemnie stukał o szyby w aucie. Z zainteresowaniem obserwowałam powoli wznoszące się ku górze słońce i księżyc widoczny jeszcze po drugiej stronie nieba. Przed chwilą szare i ciche ulice, wypełnił już gwar miejscowych straganów. Słychać też było inne jadące samochody, stukot maszyn pracujących na budowie i wrzask ludzi biegnących do pracy.
-Już lepiej? - zatroskany głos Justina rozbrzmiał w mojej głowie i przywrócił mnie myślami na ziemię.
-Sama nie wiem. Ktoś chce mnie zabić. Sądzę, że nie może być lepiej. - posłałam mu sztuczny uśmiech i wygodniej usiadłam w fotelu. Bieber skręcił w kolejną ulicę i widocznie zakłopotany moją odpowiedzią, podrapał się po głowie. - Dziękuję, że został pan ze mną.
-Drobiazg. - uśmiechnął się nie patrząc na mnie - To tu? - dodał po chwili z zaskoczeniem patrząc na ogromną ville przed nim. "Wiedziałam, że dom ojca zrobi na nim jeszcze większe wrażenie." Mentalnie przewróciłam oczami i spojrzałam się na zafascynowanego chłopaka.
-P-pójdzie p-pan ze mną? - wyjąkałam patrząc na niego z nadzieją.
-Jeśli chce pani.
-Chciałabym. - nerwowo zagryzłam wargę i utkwiłam wzrok w ogromnych drzwiach wejściowych.
-W sumie chętnie wejdę do TAKIEGO domu. - zaśmiał się i powoli wysiadł z auta. Nie zważając na deszcz wyjął z kieszeni kurtki papierosa i powoli odpalił go, opierając się o zderzak samochodu. Odetchnęłam głęboko próbując się uspokoić. Tak się składa, że u ojca też nie bywałam za często, choć miałam z nim na pewno lepszy kontakt niż z matką.
Z nerwów zaczęłam bawić się palcami. Nie chodziło w sumie o strach przed wejściem do tego ogromnego domu. Bałam się o jego mieszkańców. W prawdzie Justin miał 'plan', ale to nie oznaczało, że przebywając w tym domu będę bezpieczna. Nie oznaczało to także że oni będą mogli być zupełnie spokojni.
Jeszcze większy smutek i strach ogarnął mnie, gdy przypomniałam sobie widok zapłakanej i wystraszonej matki. Z Isabellą nigdy nie utrzymywałam świetnego kontaktu. Moją matką była raczej Josepha - niańka, która pracowała u nas w domu, gdy byłam mała. Niestety potem Josepha zmarła na zawał, po tym jak dowiedziała się że jej mąż zmarł na wojnie. Zawsze podziwiałam ich miłość. Mimo odległości jaka ich dzieliła ufali sobie i kochali się bardzo mocno.
Mimo wszystko to Isabella, wśród znajomych znana jako Bella była i jest moją matką, więc smucił mnie widok jaki zaznałam przed paroma godzinami. Potarłam zmęczone czoło i skierowałam wzrok na mężczyznę cierpliwie czekającego przed autem.
-Mam nadzieje, że twój plan wypali Bieber. Ufam ci. - szepnęłam do siebie, chwytając leżącą obok torbę i wychodząc z ciepłego wozu. Chłopak posłał mi jeden z tych idealnych uśmiechów i powoli wyrzucił peta, kierując się za mną na schody.
-Jest pani gotowa?
-Jak nigdy. Mam tylko nadzieję, że mojej rodzinie nic się nie stanie.
-Spokojnie zrobimy tak jak mówiłem. Pojadę do pani do domu i tam zaczekam na pani zabójcę.
-To słowo brzmi bardzo...groźnie.
-Cóż nie każdy ma swojego zabójcę. Może się pani czuć...wyróżniona. - zaśmiał się ukazując swoje idealnie, białe zęby.
-Jest pan pewien że to zadziała? - Przestraszona usiadłam na ławce na tarasie i zaczęłam powoli poruszać się w przód i w tył, jak wtedy gdy byłam mała.
-Panno Nicole. Wszystko już omówiliśmy. - jego dłoń odnalazła moją i pocieszająco uścisnął ją. - Wiem, że to trudne, ale mam nadzieje, że ten człowiek będzie liczył na to, że nie będzie pani chciała narażać rodziny i wróci pani sama do domu. Porobię trochę hałasu, pozapalam światła i zaczekam na tego skurwiela - zachichotałam cicho, mocniej ściskając dłoń Biebera. - i pojadę tam autem pani matki, jakby to pani je pożyczyła. - dodał po chwili
-Ok. - powoli sięgnęłam do torby i wyjęłam z niej połyskujące klucze, spięte różowym breloczkiem od Davida. Od razu przewróciło mi się w brzuchu, a głowę wypełniły myśli o moim niedoszłym mężu. - Tylko niech pan uważa. - w odpowiedzi zaśmiał się niewinnie.
-Nie jest pani moją matką.
-Może i nie jestem, ale potrzebuję pana do rozwiązania tej sprawy. - uśmiechnęłam się zwycięsko i poklepałam go po ramieniu.
-Jakoś dam sobie radę. Dziękuję. - Justin wstał i podszedł do drzwi czekając, aż to ja wykonam jakiś ruch. Niepewnie podeszłam do nich i przycisnęłam czerwony guzik dzwonka. Po chwili drzwi otworzyła Carolina, czyli obecna żona mojego taty. Dziewczyna była nie dużo starsza ode mnie, przez co traktowałam ją bardziej jak przyjaciółkę, a nie macochę. Jej długie, bląd włosy, upięte były w niezdarnego koka. Ubrana była jak zawsze o tej porze w strój do joggingu. Obcisłe getry podkreślały jędrne wypukłości jej ciała, a biały T-shirt swobodnie spływał po jej idealnej talii. W dłoni miała telefon i słuchawki, z których wydobywała się nieprzyjemna, głośna muzyka. Zauważyłam też, że miała spuchniętą twarz i podkrążone oczy, jakby płakała.
-Nicole! Wendy dzwoniła do twojego ojca i powiedziała nam o wszystkim. Kochanie! - dziewczyna przyciągnęła mnie do uścisku, kątem oka patrząc na Justina.
-Czyli wiesz o Davidzie? - zapytałam mierząc ją wzrokiem. Jej ciało napięło się , a z oczu wypłynęło kilka samotnych łez. Szczerze powiedziawszy Carolina nigdy nie przepadała za Davidem...ze wzajemnością. Kobieta łagodnie potarła moje ramię i pokiwała twierdząco głową.
-Przykro mi.
-Carolino, mogę zostać u was na noc. Chociaż jedną? - współczucie od razu zniknęło z jej twarzy, a zastąpiła je niepewność.
-Ona nie ma wyjścia. - odezwał się głos za mną i dopiero teraz przypomniałam sobie o obecności Biebera. Wyminął mnie i stanął twarzą z kobietą jego wzrostu. Cóż ja byłam niższa... W oczach Caroliny pojawił się błysk zainteresowania.
-A pan to...?
-Komisarz Bieber. - zaśmiałam się w myślach. 'Komisarz', gdyby ktoś nazwał Justina komisarzem nie uwierzyłabym. Odebrałabym to jako głupi, dziecięcy żart. Spojrzałam na mężczyznę, jednak powaga przepełniała go całego. Był dumny z tego co osiągnął i to było widać. Nigdy nie zapomnę jak po wypadku oczekiwałam przyjścia szefa tych wszystkich nudnych glin. Spodziewałam się tęgiego faceta, po czterdziestce, z pączkiem w ręce. Tym czasem do auta wsiadł idealny mężczyzna, o nieskazitelnej urodzie i hipnotyzujących oczach. Carolina posłała Bieberowi spojrzenie pełne ciekawości, jednocześnie gotowe do flirtu i niespokojnie zaczęła stukać paznokciami o wyświetlacz Samsunga.
Muszę się przyzwyczaić, że gdzie tylko postanie noga tego przystojniaka, każda kobieta jest jego...co jest dziwne, bo ja traktuję go neutralnie. To prawda. Jest przystojny. Nawet bardzo. I może kilka razy o nim myślałam, ale traktuję go jak zwykłego gline bez serca, który ma za zadanie rozwiązać moją sprawę. Tylko jako policjanta. Nikogo więcej.
-A więc jest pan policjantem?
"Nie kurwa projektantem mody. Co za typowa blondynka"
-Tak proszę pani.
-Wie pan czemu zabili Davida?
-Nie proszę pani, ale nie wolno mi też o tym mówić. - spokojnie zakończył rozmowę i zwrócił się do mnie - Zostawię już panią, dobrze? Będziemy w kontakcie.
-Jasne. Jeszcze raz dziękuję. - uśmiechnęłam się przyjacielsko i wzięłam od niego torbę z rzeczami, o której zupełnie zapomniałam.
-Do widzenia. - mężczyzna odwrócił się i szybko odjechał z parkingu pod domem.
Rozejrzałam się po wnętrzu tego ogromnego budynku. Jak zwykle zastałam tu wiele zmian. Dawniej karmelowe i beżowe ściany zastąpiła bordowa tapeta w grube pasy. Meble stały w zupełnie innych miejscach. Po wejściu do domu widoczny był duży i nowoczesny telewizor ze stojącymi obok konsolami i dużym, srebrnym pudełkiem na płyty DVD. Ze ścian zniknęły obrazy, a stare wykończenia domu za pewne zajęły miejsce na strychu. Mimo wielu zmian czułam się tu jak w domu. Komfortowo i wygodnie. Swobodnie opadłam na kanapę stojącą na przeciw telewizora i odłożyłam torbę.
-Ja będę leciała. Rozpakuj się i odpocznij. - Carolina posłała mi sztuczny uśmiech i wybiegła z domu, zakładając słuchawki - Ojciec będzie po południu.  - krzyknęła, gdy była już na schodach.
Westchnęłam i powoli wstałam z miejsca, kierując się na górę do swojego pokoju. Byłam na prawdę zdziwiona, gdy zobaczyłam, że w moim pokoju nic się nie zmieniło. Biurko zawalone papierami i książkami jeszcze z gimnazjum i liceum. Plakaty moich ukochanych zespołów i wokalistów, w których bez opamiętania kochałam się. Duży odtwarzacz CD i porozwalane obok płyty. Podarta firanka, na której kiedyś z Wandy huśtałyśmy się i mój 'tajny pamiętnik' leżący wciąż w tym samym miejscu - pod łóżkiem.
-Teraz by mi się taki przydał. - szepnęłam oglądając moje bazgroły. Dawniej pisałam tu o chłopakach, wrednych koleżankach i beznadziejnych rodzicach...dziś mogłabym napisać niezły kryminał na podstawie mojej historii. Odłożyłam zeszyt i powoli usiadłam na wygodnym łóżku wyjmując z torby telefon i słuchawki. Położyłam się wygodnie na łóżku i włączyłam 'True love' P!nk. Całkiem oddałam się muzyce i powoli odpłynęłam do mojego własnego świata, w którym niespodziewanie pojawił się pan Bieber. Dosłownie....po prostu zadzwonił mój telefon. Nie podnosząc się odebrałam go i niezadowolona jęknełam.
-Może przeszkadzam? - Bieber zaśmiał się,  a ja zrobiłam się cała czerwona.
-Nie. Co jest?
-Zawiadomili mnie, że po mieście jeździ nierozważny kierowca łamiący przepisy drogowe.
-A to ma tyle wspólnego ze mną, że...? - przerwałam mężczyźnie.
-Jeździ czarnym Range Roverem. Takim jak próbował panią zepchnąć z drogi.

POV Justin
-Tak, czy inaczej uważam, że takich aut jest dużo.
-Proszę pani. Sprawdzałem to. W naszym mieście właścicieli takich aut jest dwoje, z czego jeden leży w szpitalu.
-Dramatuzuje pan.
-Ja dramatyzuje? - znudzony oparłem się o biurko. Od około pół godziny próbowałem przekonać tą wariatkę, że to ten człowiek mógł chcieć ją zabić, ale ona wciąż stawiała na swoim. Przewróciłem oczami i zerknąłem na zegarek.
- Dobrze, więc załóżmy, że to ten człowiek. W takim razie do czego ja jestem wam potrzebna w tej sprawie?
-Póki co nie możemy namierzyć właściciela, ale może kojarzy pani kogoś ze znajomych z takim autem?
-No nie...niezbyt. Ellen miała kiedyś takie auto...tylko zgniło zielone.
-Nie duży problem przemalować...
-Ale ona je sprzedała.
-Komu?
-Nie wiem.
-Sprawdzimy to. To ta koleżanka z pracy?
-Znajoma.
-Dobrze. Gdybyśmy namierzyli kolesia zadzwonię do pani, żeby spróbowała go pani rozpoznać.
-Nie wiele widziałam, ale dobrze. Do widzenia.
-Do widzenia.
Z ulgą rozłączyłem się i powróciłem do uzupełniania papierów.
-Koleś gadałeś z tą laską dłużej niż ja z moją mamą! - wrzasnął John wpadając do mojego biura. Jęknąłem zdenerwowany i popatrzyłem na niego wrogo. Mimo iż  nienawidziłem tej kobiety czułem z nią pewną więź. Czułem się za nią odpowiedzialny.
-Nie przyznawaj się, że gadasz z mamusią. Inaczej nie zdziwię się jeśli żony nie znajdziesz do czterdziestki.
-Czterdziestka to dobry wiek, a z twoim marudnym charakterkiem oboje zostaniemy starymi panami z kotami.
-Zostawmy koty dla pań. - zaśmiałem się szczerze, odrywając się od wykonywanej pracy. - Czego chcesz?
-Serio jedziesz do jej domu?
-Tak.
-Ale to niebezpieczne.
-Czy ty też jesteś moją matką?!
-Debilu, chodzi mi o to, że nie dostałeś pozwolenia od Ransoma.
-Sam też jestem szefem i tak się składa, że mam pozwolenie od cudownego szefa Biebera. - uśmiechnąłem się, pakując papiery do teczki. Wstałem od biurka i udałem się w stronę wyjścia. - Jadę na lunch? Idziesz?
-Nie. Dokończę wypełnianie tych papierów o wypadku twojej dziuni. - uśmiechnął się, żartobliwie szturchając moje ramię. Pokręciłem w niedowierzaniu głową i wyszedłem z budynku. 
Powoli wsiadłem do auta wypełnionego pustymi pudełkami z McDonald'a i niedopitymi Coca-cola'mi. Prawie codziennie jeździłem tam na śniadania, lunche, kolacje. McDonald był najlepszym rozwiązaniem. Szybko, wygodnie i smacznie...może nie koniecznie zdrowo. Czasem zamawiałem pizze, odgrzewałem coś w domu albo jechałem na chińszczyznę. No cóż nie umiałem gotować, a sprzątanie też nie wychodziło mi za dobrze. Przez cały tydzień gromadziłem te śmieci, a w weekendy trudziłem się z wyciąganiem paczek z pod siedzeń. Dzisiaj też postanowiłem zjeść w rozsławionym McDonaldzie. Zajechałem na parking, wysiadłem z auta i wszedłem do budynku. Po chwili odebrałem zamówienie i usiadłem przy białym stole, rozkoszując się posiłkiem. Pomyślałem, że mimo wszystko powinienem pojechać na dzisiejszy pogrzeb Davida. Chociaż na chwilę. Może dziać się coś podejrzanego. Ktoś może chcieć skrzywdzić Nicole. Duży, srebrny zegar wskazywał 13:30. Szybko wyszedłem z baru i wyjechałem z parkingu. Mijałem kolejne ulice, aż wyjechałem w opustoszałe miejsce, gdzie znajdował się cmentarz. Sceneria jak z horroru. Samotnie stojące drzewa bez liści, stara ścieżka udeptana w błocie, wysokie ciernie owinięte na popękanej siatce odgradzającej groby od gęstego lasu i opuszczona, spalona fabryka broni... Oparłem się o murek przy dużej, otworzonej bramie i wyciągnąłem z kieszeni kurtki upragnionego papierosa. Miałem szczerą nadzieję, że Msza skończyła się już i że żałobnicy jadą już na cmentarz. Czekanie nie było moim ulubionym zajęciem.

Nobody's POV
-Wyglądasz pięknie. - Wendy po raz kolejny przeczesała długie włosy Nicole i uśmiechnęła się do niej troskliwie.
-Nie chcę. To pogrzeb. Nie mam wyglądać pięknie. - dziewczyna westchnęła i powoli wstała z krzesła podchodząc do okna. Dziś wstała wyjątkowo późno, ale i tak nie była wyspana. Całą noc myślała o tych latach spędzonych z Davidem...straconych. Potrząsnęła głową i zaśmiała się gorzko. - Wiem, że powinnam płakać, ale nie potrafię. Wcale za nim nie tęsknie. Zdradzał mnie. Nie wiem nawet co mnie w nim pociągało. Nie mieliśmy nawet wspólnych tematów do rozmów...tylko praca. Widziałam w nim troskliwego człowieka, o dużej inteligencji i poczuciu humoru, tymczasem okazał się idiotą. - Dziewczyna upadła na łóżko i zakryła twarz poduszką.
-Nicole...przestań.
-Wandy, nie broń go! Wiesz, że tak było zdradzał mnie!
-Powinnyśmy iść. - nieśmiały głos ojca dziewczyn, odezwał się zza drzwi. Robert uchylił je i odszedł zostawiając je znowu same.
-Matka będzie? - spytała Wendy wstając z łóżka.
-Mówiła, że tak...z Anthonym. - dziewczyna westchnęła i poprawiła sukienkę, która sięgała za jej kolana. Delikatny, czarny materiał idealnie podkreślał jej talię i faktycznie wyglądała ślicznie. Siostry wyszły z pokoju trzymając się za ręce. Powoli zeszły ze schodów napotykając po drodzę Carolinę, przygotowaną już do wyjścia.
-Pojadę z Wendy. - wyszeptała Nicole.
Dziewczyny wyszły z domu i powoli wsiadły do białego auta.
-Będzie dobrze, nie miej takiej miny. - Wendy posłała towarzyszce zatroskane spojrzenie.
-Czy to głupie, że w dzień pogrzebu przyszłego męża, martwię się o policjanta, który ryzykuje dla mnie życie? - Nie odpowiedziała. Cisza przepełniła samochód, ale Nicole to nie przeszkadzało. Miała mnóstwo spraw do przemyślenia. Czuła się źle z faktem, że Bieber będzie sam w jej domu. Nie chciała, żeby rozglądał się po jego wnętrzu. To był dom, który dzieliła z Davidem. Kiedy będzie już chociaż trochę bezpieczna, zamierza go sprzedać. Kupi nowy dom. Może wyprowadzi się z miasta. Po kilku minutach siostry znalazły się pod małym, starym kościółkiem. Wendy pierwsza wysiadła z auta. W koło było już wielu ludzi. Niektórych Nicole rozpoznawała, inni byli jej zupełnie obcy. Powoli wysiadła z samochodu i skierowała się w stronę kościoła. Przed kościołem spotkała księdza, który miał udzielać ślubu jej i Davidowi. Minęła go z kamienną twarzą, nie zamieniając z nim nawet słowa. Weszła do świątyni i pokornie klęknęła w jej wejściu. Jeszcze pusty kościół budził w niej podziw. Był tak cichy i spokojny. Ludzie powoli zaczęli zbierać się przed wejściem, więc dziewczyna wstała i usiadła w odosobnionej ławce z tyłu. Nie chciała być zauważona. Nie chciała smutku, żalu i sztucznego pocieszania. Chciała mieć to za sobą.
*
-Nicole. A to jest pan Brus Redman.
-Mhm. Miło poznać. Ja...przeproszę na chwilę. - dziewczyna zauważając stojącą już przy samochodzie Wendy, podbiegła do niej i szybko skryła się w aucie. Ta bezsensowna paplanina matki wykończyła ją. Nie rozumiała jak ludzie mogą zawierać znajomości na pogrzebie. Być uśmiechnięci i rozmawiać na przeróżne tematy. 
"-Ej gdzie poznałaś swoją przyjaciółkę?
- Na pogrzebie".
Nicole przewróciła oczami i skierowała błagalny wzrok na siostrę.
-Tak jedziemy. - Odparła wsiadając do środka. - I jak się czujesz?
-Dobrze. - spóściła wzrok na ręce.
-Nicole...to normalne, że nienawidzisz Davida, a mimo wszystko tęsknisz i jest ci przykro. Znam to uczucie.
-Niby skąd? -Wendy nie odrywając wzroku od jezdni, mocniej zacisnęła dłonie na kierownicy.
-Przecież wiesz...Samantha... - Nicole ze smutkiem spojrzała na siostrę. Samantha była najlepszą przyjaciółką Wendy, ale pokłóciły się o chłopaka i Samantha zaczęła publicznie ośmieszać Wendy. Potem okazało się, że Sami choruje na przewlekłą chorobę. Rak doszczętnie ją zniszczył. Wendy nawet nie wiedziała, że dziewczyna jest w szpitalu. Dowiedziała się dopiero o śmierci przyjaciółki.
-Przepraszam.
-To było dawno. Kiedyś zrozumiesz, że gdybyśmy żyli tylko przeszłością nasze życie nie miało by sensu. O to chodzi. Mamy iść dalej, bo nic nie dzieje się bez przyczyny.
Samochód zaparkowały obok znajomego dla Nicole auta. "On tu jest." ta myśl ją pochłonęła. Zaciekawiona poszukiwała wśród tłumu ludzi właściciela srebrnego samochodu. Wreszcie zauważyła go opartego o murek przy wejściu. Ich spojrzenia momentalnie spotkały się, a ona podświadomie uśmiechnęła się. Pewnym krokiem zaczęła iść w jego stronę i po chwili stanęła przed tym wysokim mężczyzną.
-Myślałam, że będzie pan już w moim domu, panie Bieber. - mężczyzna wyrzucił peta i poprawił swoją jeansową kurtkę. 
-Pomyślałem, że może dziać się coś podejrzanego.
-Rozumiem. - kobieta skrzywiła się lekko i odwróciła w stronę idącej do niej Wendy.
-Idziemy?
Nicole uśmiechnęła się przyjacielsko do Justina i razem z siostrą udały się w stronę reszty ludzi. Wszyscy byli zapłakani i smętni. Ten widok dołował Nicole. Stanęła spokojnie z tyłu i obserwowała jak ludzie powoli kładą kwiaty na nagrobku Davida i dławią się własnymi łzami. 
Ceremonia nie trwała długo. Wszyscy zaczęli odchodzić. Patrzyła na tych ludzi z pogardą. Uważali, że wystarczy uronić kilka łez, wybrać się na stypę i wrócić do własnego życia. Ona nie płakała. Stała wciąż w tym samym miejscu i z kamienną twarzą wpatrywała się w duży napis "David Glickman. Dobry doktor i przyjaciel.  Zginął tragicznie". Przyjaciel... doktor... może gdyby żył dłużej na tablicy widniał by także napis "Kochający mąż i ojciec". Uśmiechnęła się smutno, a odchodząc wyszeptała 'Żegnaj'. Zamierzała zapomnieć i żyć dalej. To on z nią skończył. Nigdy nie zostali by przyjaciółmi. Zdradzał ją. Przynajmniej to pozwoli jej zapomnieć o tym człowieku. Ostatni raz pomyślała o jego błękitnych oczach i brązowej czuprynie. Nie chciała go pamiętać. Na pięcie odwróciła się od nagrobku i szybkim krokiem podążyła w stronę auta. W środku była już Wendy. Nawet ona płakała, ale Nicole nie patrząc na to szepnęła do dziewczyny. 
-Jedź. - Wendy przetarła spływające po jej policzku łzy i powoli wykręciła.
-Kim był mężczyzna z którym rozmawiałaś? - powiedziała, gdy były już w drodze do domu. Wspólnie postanowiły, że nie wybiorą się na stypę.
-To policjant prowadzący moją sprawę. 
-Może nie powinnam tego mówić, ale wydawał się być miły. - Nicole prychnęła z pogardą.
-Chyba nie chcesz umówić mnie z policjantem?
-Ja tylko...
-Jest ok. Muszę ci powiedzieć, że jesteś pierwszą osobą, która mówi że wydaje się miły, a nie przystojny.
-Cóż muszę przyznać, że wygląda bardzo dobrze, ale mimo jego kamiennego wyrazu twarzy, widzę w nim coś dobrego. Nie szukaj ideału. Szukaj osoby z którą będziesz szczęśliwa.
-Zawsze pomocna Wendy. - dziewczyna zaśmiała się szczerze i znów z uwagą patrzyła na drogę. 

*
-Jest godzina 17.00. Zapraszamy państwa na informacje radiowe. - skrzeczący głos kobiety wydobył się z głośników nowoczesnego Mercedesa matki Nicole.  Justin powoli zaparkował auto pod domem Davida i Nicole na Watts Street 312, wyłączył radio i wysiadł z auta. Szybkim krokiem podszedł do drzwi wejściowych i niezauważony otworzył je kluczami Nicole. John już dawno powinien zorganizować grupę patrolującą okolicę, więc Justin mógł być spokojny. Zaciągnął zasłony i usiadł na miękkiej, kremowej sofie. Na chwilę włączył telewizor, ale stwierdził, że przez niego jest mniej czujny. Nieco zniecierpliwiony zaczął przemierzać salon. Z ciekawością oglądał każdy zakamarek mieszkania. Dom na pewno nie budził takiego podziwu jak dom pani Isabelli, czy ojca Nicole, ale nie miał nic do zarzucenia. Idealnie urządzone wnętrze oraz eleganckie, drogie i nowoczesne meble zupełnie nie pasowały do dziewczyny, ale za to odzwierciedlały charakter Davida. Justin podszedł do kominka na którym stało kilka zdjęć. Na pierwszym znajdowała się Nicole z rodziną. Wszyscy byli w strojach kąpielowych. Justin podświadomie znalazł na zdjęciu Nicole i z zaciekawieniem przyglądał się jej krągłością. "Jak na małą dziewczynkę wygląda bardzo dobrze."- pomyślał i od razu skarcił samego siebie. Na drugim zdjęciu była Nicole z Davidem. Ona obejmowała go z miłością. Jej oczy lekko iskrzyły, a on... był widocznie zniesmaczony. Miał skrzywione usta, jedną ręką odgarniał sobie brązowe loki opadające na oczy, a drugą trzymał na talii dziewczyny. Wtedy coś oświeciło Biebera. Zwrócił uwagę na kobietę stojącą za Glickmanem. Wydała mu się znajoma. Patrzyła na Davida z nutką rozbawienia. W prawdzie obejmowała jakiegoś mężczyznę, ale to nie on budził jej zainteresowanie. To na Davidzie utkwiła dobrze znany Justinowi wzrok flirtu i miłości. Chyba Justin właśnie dowiedział się z kim pan doktor miał romans. Nie zainteresowany resztą zdjęć wyszedł do kuchni i wyjął z szafki jakieś ciastka. Pomyślał, że gdyby to on obserwował dom w celu zamordowania człowieka na pewno oczekiwałby, że światła będą zapalać się i gasnąć w różnych pomieszczeniach, a na koniec domownicy udadzą się do sypialni spać. Zaczął więc powoli chodzić po jadalni, holu, gabinecie, pokoju gościnnym, aż wreszcie o około dziewiątej wszedł na górę do sypialni Nicole i Davida. Było to chyba największe pomieszczenie w tym domu. Po prawej stronie znajdowała się ogromna garderoba. Wypełniona markowymi torbami, butami, czapkami, dodatkami i niezliczoną ilością ubrań. Uwagę przykuwała biała, długa suknia ślubna. U jej dołu widniały małe diamenciki. Suknia była mocno wszyta w talii, a z tyłu miała duże wycięcie w kształcie serca. Justin nie znał się na sprawach mody, ale stwierdził, że suknia jest idealna. Chłopak wrócił do pokoju i zaczął dalej rozglądać się po jego wnętrzu. Nicole zostawiła otwartą górną szufladę komody przy drzwiach. Z zaciekawieniem zajrzał do jej wnętrza. Stał się jeszcze bardziej zaciekawiony gdy okazało się,  że w jej wnętrzu jest bielizna dziewczyny. Coś szarego i jedwabnego leżało na samym wierzchu. Nie mogąc powstrzymać odruchu Justin powoli podniósł króciutką sukieneczkę, która za pewne więcej odsłaniała niż zasłaniała. Szybko wrzucił ją z powrotem i zatrzasnął szafkę. Podszedł do łóżka i bezwładnie na nie opadł. Znów się rozkojarzył i zdekoncentrował. Nicole była inna niż kobiety z którymi do tej pory miał do czynienia. One patrzyły tylko na jego wygląd, a Nicole zauważała w ludziach coś więcej. Imponowali jej ludzie wytrwali. Tak jak Justinowi. Coś w tej dziewczynie sprawiało że Justin czuł się głupio i zachowywał jak początkujący glina.
W swojej pracy spotkał wiele różnych kobiet. Niektóre były niezłą pokusą, jednak udawało mu się zachować rozsądek. Nigdy nie zaciągał ich do łóżka. Wiedział, że dziewczyny z którymi miał do czynienia mają kłopoty i traktują go jak rycerza na białym koniu, jednak prędzej czy później rycerz straci zbroję a one zauważą kim na prawdę jest - zwykłym policjantem z niezbyt dobrze płatną pensją. Nie miał dużo do zaoferowania. Nie umiał praktycznie nic.
Tylko jeden raz. Raz Justin nie użył swojego instynktu samozachowawczego i zdarzyło się. Ona rozpoczynała karierę piosenkarki i próbowała pozbyć się nachalnego i agresywnego fana, a on dopiero zaczynał swoją pracę w policji. Miał jej pilnować i ...zaiskrzyło. Był w niej totalnie zakochany przez nie cały miesiąc, bo po tym okresie rzuciła go. Pozostawiła w zapomnienie. Dostał bolesną nauczkę i od tej pory nie pakuje się w takie bagno. Teraz też nie miał zamiaru przekroczyć swojej granicy.
Justin zgasił światło w sypialni i ostrożnie usiadł na łożku. Zrezygnowany wpatrywał się w ścianę i myślał o Nicole. Dziewczyna pociągała go tak bardzo, że musiał ze sobą stoczyć wewnętrzną walkę by ją zostawić. Chciał zobaczyć znów jej oczy i wpaść w jej pułapkę. Znał ją krótko i dlatego bardzo dziwiło go, że tak bardzo związał się z nią.
W pewnym momencie od drzwi wejściowych Justin usłyszał głuche stuknięcie. Szybko wyjął broń i ostrożnie przeszedł na korytarz. Rozejrzał się, ale przez panującą w domu ciemność nie widział praktycznie nic. Jedynie przez niewielkie okienko w holu wpadało odrobinę światła z ulicy. Usłyszał jak na dole ktoś skrobie w drzwi, które po chwili uchyliły się z trzaskiem. Justin nie miał wątpliwości. Wycelował broń w oprawcę i zaczął powoli schodzić po schodach. 
-Policja! Stój, bo strzele! - krzyknął, gdy był już na najniższym stopniu. Postać poruszyła się niespokojnie i szybko uniosła obie ręce do góry. W jednej trzymała duży worek, a w drugiej metalowy włom, dzięki któremu weszła do domu. Zszedł z ostatniego stopnia i ujrzał sylwetkę mężczyzny. Nieznajomy wycofał się do tyłu i rzucił do szalonego biegu przez ogród. Justin wypadł za człowiekiem na podwórko i strzelił dwa razy. Postać runęła na ziemię i zaczęła krzyczeć z bólu. Justin powoli podszedł do postaci i wyjął odznakę. 
-Komisarz Bieber. A pan?
Z daleka zauważył, że podchodzi do niego John i kilku innych policjantów. Widział też jak Marcus dzwoni na pogotowie i zabawnie gestykulując opowiada o wypadku. 
-G-gill J-jones. - wyjąkał mężczyzna łapiąc się za krwawiącą nogę. 
                                                                          ~*~
A więc oto mamy 5 rozdział "Lottery". Spodziewaliście się takiego zakończenia? Powiem wam, że nawet ja się nie spodziewałam, bo rozdział miał się skończyć zupełnie inaczej. :P
Chciałabym was na wstępie przeprosić, że nie dodałam rozdziału na czas.
Przyczyny:
1.Rozumiem, że możecie być na mnie z tego powodu źli, ale nie rozumiem dlaczego przelewacie te złości na anonimowe pytania na asku i piszecie do mnie na pocztę wiadomości zacytuję:
"Oddaj bloga komu innemu. Skoro pomysł jest świetny, a jest. A ty nie masz czasu. Niech robi to kto inny."
To mnie zraniło. To mój pomysł i wydaję mi się, że ktoś inny pisałby zupełnie inaczej.
2.Przyznam też, że miałam doła. Chciałam się poddać i nie tylko przez te wiadomości. Na szczęście mam cudownych przyjaciół, którym dziękuję za wiarę we mnie. 
P.S. szczególne pozdrowienia dla N.Zuby, Patryka, Dominiki, Bartka, Natalii i kilku osób z Twittera :D 
3. Koniec półrocza. Poprawy, zaliczenia i dużo nowych sprawdzianów.
4. Czasami też muszę pomyśleć nad rozdziałem, bo pisanie rozdziałów o takiej długości nie zajmuje dwóch dni.

 Nie bójcie się publicznej opinii i napiszcie komentarz. To dzięki nim się nie poddaje i zachęcają do pracy. A więc:
CZYTASZ=KOMENTUJESZ