sobota, 15 lutego 2014

Six.

POV Nicole.
Cisza ogarnęła cały dom. Słyszałam tylko swój równomierny oddech i cichy płacz Caroliny. Wiedziałam, że jeszcze chwila, a życie jeszcze bardziej mnie pogrąży. Przyjdzie czas kiedy się poddam. Teraz był ten czas. Nie miałam już ochoty walczyć. Świadomość, że wyjście z domu może wiązać się dla mnie ze...śmiercią, wcale mi nie pomagała. To było trudne. Cholernie.
Było już dobrze po trzeciej nad ranem kiedy ciszę przerwał nagły dzwonek mojego telefonu. Powoli podniosłam się z łóżka i chwyciłam leżącego na półce iPhona. Nie wiele myśląc z gniewem odebrałam połączenie i mruknęłam coś do słuchawki.
-Proszę pani, wszystko u pani w porządku? - usłyszałam zatroskany głos Biebera i podświadomie uśmiechnęłam się, jednak po chwili mój uśmiech zastąpiło przerażenie a moje ciało napięło się.
-C-czemu miało by nie być? - wyjąkałam, wycierając zaschnięte łzy.
-Nie udało się. - szepnął - Jadę do pani.
-A-ale co...?
-Po prostu proszę się upewnić że wszystkie okna i drzwi zostały zamknięte i pod żadnym pozorem nie wychodzić z domu. Zaraz będę. - Policjant rozłączył się, nie czekając na moją odpowiedź, a w pokoju znów nastała cisza. Udałam się do łazienki i przemyłam zmęczoną twarz chłodną wodą. Delikatnie wytarłam zmęczoną skórę i przeczesałam szczotką włosy, które pozostawiłam rozpuszczone, tak aby choć trochę zasłaniały moje czerwone, zapłakane oczy. Z szafki obok zlewu wyjęłam tabletkę na ból głowy i chwytając szklankę z wodą bez wahania połknęłam lek. Powoli wróciłam do pokoju i stanęłam przed szafą. Było w prawdzie późno, ale nie miałam zamiaru prezentować się w piżamie. Wyciągnęłam z szuflady czystą bieliznę, jasne błękitne jeansy i długi kremowo-granatowy sweter. Szybko przebrałam się i stanęłam przed lustrem. Na rękę wsunęłam bransoletkę, a we włosy wpięłam małą spinkę. Zadowolona ze stroju podeszłam do okna i usiadłam na parapecie. Chwilę siedziałam w spokoju, który zakłóciła Carolina. Powoli podeszła do mnie i usiadła obok.
-Przepraszam. - prychnęłam na jej słowa. Wcale nie żałowała.
-Wychodzisz? - bardziej stwierdziłam, niż zapytałam. Dziewczyna niepewnie pokiwała głową.
-Ale widzę, że ty też będziesz mieć gościa. - wyszeptała analizując mój strój.
-Może myślisz, że mam kochanka? - zapytałam patrząc na nią z pogardą.
-Nicole.
-Wyjdź.
-Jadę potem spotkać się z twoim ojcem. Będziemy za parę dni. - Kobieta wstała z miejsca i podeszła do drzwi. Z nie dowierzaniem pokiwałam głową i wstałam z parapetu. Nie rozumiałam jak mogła po tym wszystkim wciąż okłamywać ojca i w dodatku spotykać się z nim. - Przepraszam. Będziemy w kontakcie. - szepnęła i wyszła.
Westchnęłam głęboko. David. Osoba, która miała nie zawodzić. Osoba, która miała być na zawsze. Osoba, która miała być wierna. Osoba, która miała miejsce w moim sercu...Jakie to przykre, że o jego wadach dowiaduje się dopiero kiedy już go nie ma. To nie miało prawa się udać. Cały nasz związek był chory.
Kiedy usłyszałam odgłos zamykanych drzwi wyszłam z pokoju i stanęłam przed schodami. Sama, w niebezpieczeństwie, w ogromnym domu, bez broni i o późnej porze. Gdybym była zabójcą zaatakowałabym...teraz. To była idealna okazja, a ja już sama nie byłam pewna czy w tej sytuacji najłatwiejszym rozwiązaniem nie byłaby śmierć. Wolno zeszłam na dół i udałam się do dużej kuchni. Srebrne, wypolerowane naczynia kusiły by położyć na nich choć kęs domowych przysmaków robionych przez gosposie ojca. Wyciągnęłam z szuflady błyszczący, srebrny nóż i ucięłam kawałek pachnącej szynki, którą ułożyłam na ciemnym chlebie wcześniej posmarowanym masłem. Usiadłam na blacie i wpatrując się w dwa ogromne okna zaczęłam jeść kanapkę. Bez pośpiechu zjadłam posiłek i odłożyłam talerz do zlewu, po czym wróciłam na poprzednie miejsce i opierając się o ścianę dalej wpatrywałam się w okno. Szare chmury widoczne na ciemnym niebie wyglądały na prawdę strasznie. Co jakiś czas na ogromnym drzewie siadały ptaki. Jedne pięknie śpiewały dając przyjemny koncert dla uszu. Inne tylko skrzeczały i miało się ochotę rzucić w nie kamieniem, aby umilkły. Podeszłam do jednego z okien i chwyciłam za sznureczek od rolety. W momencie kiedy zaczęłam zasłaniać okno moją uwagę przykuła postać stojąca obok drzewa i wpatrująca się we mnie błyszczącymi oczami. Mała latarnia lekko oświetlała jej sylwetkę i dokładnie mogłam zauważyć przedmiot przez który omal nie dostałam zawału. Czarny, wypolerowany pistolet w dłoni nieznajomego sprawił, że odsunęłam się od okna i niewiele myśląc chwyciłam nóż leżący na blacie. 'Może schować się do piwnicy? Albo wbiec na górę i zadzwonić po pomoc? Może szybko uciec z domu? Co mam robić?!' Mój strach stał się jeszcze większy w momencie, gdy w domu rozbrzmiało pukanie do drzwi. 'Czy mój zabójca pukałby? Przecież to proste, że nie otworzyłabym'. Powoli zbliżyłam się do wejścia i oparłam się o ścianę. Trzymając wyciągnięty przed sobą nóż przeszłam jeszcze kilka kroków bliżej i stanęłam przed klamką. Ktoś kolejny raz zapukał i tym razem pociągnął za rączkę od drzwi. Całą swoją uwagę skupiłam na dźwiękach dochodzących z podwórka i ogromnie się przeraziłam, gdy usłyszałam swoje imię kilkakrotnie wywoływane przez nieznajomego. Po chwili osoba stojąca zza drzwiami zaczęła w nie uderzać jakby próbowała je wywarzyć. Nie wiedziałam co mam robić. Zaczęłam rozpaczliwie krzyczeć i próbowałam zastawić drzwi fotelem, jednak słysząc mój krzyk napastnik zaczął jeszcze mocniej uderzać w drewniane drzwi. Słychać było tylko jak powoli pękają zawiasy, a drzwi wypadają z framugi. Wystarczyły jeszcze dwa pchnięcia i drzwi runęły przede mną. Nie miałam planu. Po prostu wyciągnęłam jeszcze bardziej przed siebie nóż i zaczęłam krzyczeć jeszcze głośniej.

-Cholera Nicole! Czemu do jasnej cholery nie otwierasz tych pieprzonych drzwi?! - otworzyłam szerzej oczy i w zdumieniu przyglądałam się Justinowi pocierającemu widocznie obolałe ramię.
-J-ja...
-I po co ci ten nóż?! - Nie wiedząc co z sobą zrobić usiadłam na fotelu stojącym obok. Justin klęknął obok i niezdarnie przyciągnął mnie do siebie.
-Już dobrze. Będzie dobrze. - powtarzał delikatnie pocierając moje plecy. Zdziwił mnie jego spokojny ton głosu. Za pewne ma już dobrze wyćwiczone pocieszanie innych, ale mimo iż byłam prawie pewna, że wcale mi nie współczuje, pod wpływem jego głosu uspokoiłam się. - Powiesz mi teraz co się stało?
Pokiwałam z niesmakiem głową i wstałam poprawiając zagnieciony sweter. Justin wziął drzwi leżące na podłodze i z zabawną miną włożył je niezdarnie w puste miejsce.
-Przepraszam za nie. - szepnął zawstydzony, ale widocznie rozbawiony zaistniałą sytuacją. 
-Jest ok. - policjant podszedł do stolika na którym odłożyłam nóż i spojrzał mi w oczy.
-Więc...?
-Po tym jak do mnie zadzwoniłeś zeszłam na dół coś zjeść i wtedy...przy drzewie, zza oknem...ummm...stał człowiek z pistoletem. - wyjąkałam nie patrząc w oczy szatyna, obawiając się, że wyśmieje mnie. Jednak po chwili męczącej ciszy spojrzałam w jego brązowe tęczówki, które nie miały widocznie ochoty na żarty. Były ciemne i...przerażone?
-Widziałaś jego twarz? - 'zaraz, zaraz a co się stało z panią Nicole i panem Bieberem...'. Szczerze mówiąc nie przeszkadzało mi to. Gdyby nie incydent pod szpitalem, za pewne już dawno byłabym z Bieberem znajomymi. Mieliśmy to samo męczące usposobienie.
-Ummm nie, ale oczy tej osoby...były takie błyszczące i...znajome...
-Rozpoznałabyś tego człowieka?
-Nie sądze. - Justin westchnął głęboko i potarł czoło. Zaczął chodzić po całym domu i mówić coś pod nosem.
-Justin...powiesz mi czemu się nie udało?
-Słucham?
-Kiedy dzwoniłeś...powiedziałeś, że nie udało się...
-Aaaa tak...

POV Justin

*-Gill...jaki? - spytałem patrząc w oczy chłopaka i wyjmując mały notes z kieszeni spodni.
-Jones. - chłopak zmarszczył czoło i mocniej ścisnął krwawiącą nogę.
-Nie będę patrzył na to, że krwawi ci nóżka panie Gill - wysyczałem przez zęby klękając przed nim - chciałeś zabić człowieka, a ja nie mam szacunku do takich ludzi. Rozumiesz?
-Z-zabić?! - wyjąkał dzieciak, rozszerzając oczy - Ja tylko chciałem wynieść kilka rzeczy z tego domu...
-Nie ładnie. - pokiwałem głową i znów otworzyłem notes - Kłamanie funkcjonariuszy? Ups Gill. Posiedzisz sobie.
-Justin! - odwróciłem się w stronę Johna biegnącego w moją stronę. - To nie ten człowiek. Sprawdziliśmy go. - Mężczyzna odciągnął mnie od chłopaka.
-Co?
-Siądzie tylko za próbę kradzieży. Wprowadził się tu kilka dni temu. Nawet nie zna Nicole. Uciekał przed ojcem alkoholikiem. Nie ma nic...Możliwe, że trafi do domu dziecka. Nie osiągnął nawet pełnoletności.
-Cholera. - kopnąłem z rozdrażnieniem w ziemie.
-Pogotowie już jedzie. Przykro mi stary. Nikt nie mówił, że musi się udać. - John odszedł i zostawił mnie w osłupieniu. Ten plan wydawał się idealny. Tymczasem Nicole wciąż jest w niebezpieczeństwie, a jej zabójca jest na wolności. 'Nie spisałeś się Bieber'. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i z niecierpliwością czekałem, aż usłyszę znajomy głos. Obawiałem się, że dziewczyna nie odbierze. W końcu był środek nocy, jednak ku mojemu zdziwieniu już po dwóch sygnałach, w słuchawce rozbrzmiał łagodny głos Nicole.
-Proszę pani, wszystko u pani w porządku? - powiedziałem ze zmartwieniem. Dziewczyna przez chwilę nie odpowiadała.
-C-czemu miało by nie być? - wyjąkała.
-Nie udało się. - szepnąłem - Jadę do pani.
-A-ale co...?
-Po prostu proszę się upewnić że wszystkie okna i drzwi zostały zamknięte i pod żadnym pozorem nie wychodzić z domu. Zaraz będę. 
Rozłączyłem się i podszedłem do wciąż leżącego na ziemi Gilla.
-Trzymaj koleś. - powiedziałem dając mu 20$. Wiem jak to jest być biednym...do tej pory nie żyje w nadzwyczajnym luksusie, ale na pewno mogę pomóc dzieciakowi.
-A-ale ja nie mogę...
-Możesz. Słuchaj przepraszam. Do złodziei też nie mam szacunku, ale rozumiem cię. Po prostu tego nie rób, ok? Cokolwiek by się działo nie poddawaj się. Dasz radę.
-Nigdy nie uda mi się osiągnąć sukcesu.
-Nigdy nie mów nigdy. - Posłałem chłopakowi uśmiech i odszedłem od niego. Chwilę potem na miejsce przyjechało pogotowię i zapakowali chłopaka do środka.
-Jadę do Nicole. - powiedziałem do Johna, który był zajęty spisywaniem sprawy.
-O czym gadałeś z tym chłopakiem? - zapytał, a ja spojrzałem na niego zdziwiony, udając, że nie wiem o czym mówi.
-Ja? - zapytałem wskazując na siebie.
-Nie powiesz prawda?
-A jak myślisz? - posłałem mu szeroki uśmiech i wsiadłem do samochodu. Po chwili, wyjechałem na drogę i udałem się szybko w stronę domu ojca dziewczyny.

Opowiedziałem dziewczynie o całym zajściu, pomijając jedynie fakt o mojej 'szczodrości' wobec chłopaka.

-Więc możliwe, że to mój zabójca stał pod tym drzewem? - usłyszałem wystraszony i cichy głos Nicole.
-Tak. - powiedziałem nie patrząc w jej oczy. Ona tylko westchnęła i wstała z fotela podchodząc do okna i uważnie się rozglądając.
-Dziś nie zaatakuje. Wie, że jestem z tobą i w razie czego wezwę obstawę.
-Sama już nie wiem, czy nie chcę żeby zaatakował.
-Wiem, że to trudne, ale...
-Nie Justin. To wszystko mnie przerasta. Dowiaduje się o rzeczach o których wolałabym nie mieć pojęcia...
-Czyli?
-David miał romans...dziś z samego rana Carolina oznajmiła mi, że to ona była 'tajemniczą kochanką'. - dziewczyna załkała i pełen złości wzrok utkwiła we mnie. - Oszukiwała nie tylko ojca, ale i mnie...i całą rodzinę...Może lepiej, że David nie żyje. Inaczej to ja bym go zabiła...
-Przestań Nicole. - podszedłem do dziewczyny i stanąłem obok również wpatrując się teraz w okno. - Pójdę sprawdzić, czy pod tym drzewem nie ma jakiegoś tropu...czy coś. - dodałem po chwili niezręcznej ciszy. Powoli odsunąłem się od dziewczyny i udałem w stronę wyjścia, jednak zatrzymał mnie lekki uścisk na dłoni.
-Nie. Nie zostawiaj mnie. Proszę. - Nicole wyszeptała, głęboko spoglądając w moje oczy. 
Posłusznie stanąłem obok dziewczyny i wpatrywałem się w nią z zaciekawieniem.
-Myślę sobie...co by mi powiedział, gdyby żył? Gdyby był tu teraz?...Czy przeprosiłby?
-Nicole, on nie jest tego wart.
-Jak to? To była jedyna osoba, która znaczyła dla mnie...tak wiele.
-Wiem. Ale ty nie znaczyłaś dla niego tak wiele, skoro cię oszukiwał. Trudno w to uwierzyć, ale znajdziesz jeszcze człowieka, który będzie cię kochał. - dziewczyna spojrzała na mnie posyłając mi sztuczny uśmiech i poprawiła włosy.
-Dziękuję. - szepnęła.
Między nami znów zapanowała cisza. Staliśmy wpatrując się obojętnie w ciemne niebo i nie próbując rozpocząć rozmowy.
-Kiedy byłem u ciebie w domu...tam wisiało zdjęcie... - westchnąłem nie wiedząc jak powiedzieć dziewczynie o moim spostrzeżeniu. - Carolina wykazała się dużą odwagą mówiąc ci o tym co łączyło ją z Davidem, ale tak czy inaczej dzisiaj dowiedziałabyś się, że to ona. Przynajmniej takie miałem podejrzenia...Była na tym zdjęciu w tle z twoim ojcem i...
-Wiem o którym zdjęciu mówisz. Było robione na Hawajach, w czasie wakacji. Ojciec zaprosił nas z Davidem na wspólną podróż i...o Jezu to trwa już rok! - Nicole kręcąc głową podeszła do dużej półki z której wyciągnęła whisky i nalała go sobie do szklanki stojącej na małym stoliku.
-Widzisz o tym mówię! - krzyknęła, gdy opróżniła szklankę. - To wszystko jest do bani! Wszystko się pieprzy i sama już nie wiem dlaczego Bóg tak bardzo mnie nienawidzi! - Wrzasnęła nalewając sobie jeszcze jedną szklankę alkoholu.
-Hej, hej zwolnij dziewczyno. - powiedziałem, wyrywając Nicole butelkę i chowając ją do półki. - Dowiemy się tego, ok? Póki co mam dla ciebie informacje o tym 'wypadku' samochodowym. - dziewczyna kiwnęła głową na znak, abym kontynuował, a sama usiadła na fotelu. Udałem się za nią i pewnie usiadłem na krześle przed nią.
-Na pani samochodzie zauważyłem odpryski czarnego koloru na kaloserii, świadczące o tym, że samochód jaki w panią uderzył był rzeczywiście czarny. Okno od strony kierowcy jest rozbite gwieździście, czyli nie tak jak przy dachowaniu.
-To jasne, bo szkło rozbiło się przy ostatnim uderzeniu auta. Dopiero wtedy wypadłam z drogi. Pamiętałam, że czułam lecące na mnie szkło i dlatego zamknęłam oczy.
-Jesteś pewna?
-Tak...myślałam, że to nie ważne.
-Bardzo ważne, bo potwierdza się z tym co znalazłem w dzrzwiach twojego auta. Metal był pogięty, dlatego wcześniej trudno było dostrzec ten szczegół.
-Czyli?
-Dziurę po kuli. - Widziałem jak dziewczyna rozszerza oczy i w zdumieniu zasłania usta.
-Boże...było tak blisko...
-Kula uderzyła najprawdopodobniej w okno z tyłu głowy i ominęła cię. Trzeba mieć ogromne szczęście. - westchnąłem i powoli wstałem znów podchodząc do okna. - Ten człowiek zadaje sobie tyle trudu, żeby cię zabić...Jesteś pewna, że nie wiesz kto to?
-Zabójcy raczej nie dzwonią i nie przedstawiają się. - prychnęła i spojrzała na swoje dłonie.
-Przeciwnie. Bardzo często dzwonią. Chcą nastraszyć swoją ofiarę, ale może nie koniecznie przedstawiają się...
-Każdy marzy o byciu ofiarą.
-Ummm ja...
-Przestań. Wszyscy mówią, że będzie dobrze, ale jaką macie pewność? Możesz mi obiecać, że przeżyje, Justin? - dziewczyna podeszła do mnie niebezpiecznie blisko i położyła swoją dłoń na mojej klatce piersiowej. - Możesz obiecać, że wszystko się skończy dobrze?
-N-nie...,ale mogę obiecać, że zrobię wszystko co w mojej mocy...
-No właśnie. Nikt nie może obiecać...jestem zdana na los. To jakaś cholerna loteria. Mogę przeżyć, albo zginąć. Ty też nie wiesz, czy przeżyjesz, ale wiesz, że moja sprawa jest dla ciebie ważna. Piszą o niej w każdej gazecie...To od niej zależy twoja dalsza kariera...Dobrze o tym wiesz. - Nicole odsunęła się ode mnie i powoli usiadła na krześle.
Co miałem powiedzieć? Właśnie taka była prawda. Milczeliśmy przez jakiś czas nawet na siebie nie patrząc. Sam już nie wiedziałem czy ta sprawa jest dla mnie ważna ze względu na karierę i własną ambicję, czy ze względu na młodą kobietę siedzącą przede mną. Martwiłem się o nią...była dla mnie ważna. Wiedziałem, że policja, która miała ją obserwować nie zapewniała jej wystarczającej ochrony. Ten człowiek chciał ją zabić...i wystarczył jeden błąd, aby to uczynił...Powoli podszedłem do dziewczyny i klęknąłem przed nią.
-Nie mogę obiecać, że wszystko skończy się dobrze, ale mogę obiecać, że zrobię wszystko co w mojej mocy żeby ci pomóc i żeby złapać tego człowieka.
-Obiecujesz? - powiedziała patrząc na mnie smutnym wzrokiem. Wiedziałem, że w tym momencie całkowicie poświęcam się tej sprawie. Nigdy nie składam przysięg, których nie mogę spełnić, ale nie obiecałem, że go złapię...obiecałem, że zrobię co w mojej mocy.
-Obiecuję. - szepnąłem łapiąc dłoń kobiety.
-Dziękuję. - dziewczyna uśmiechnęła się i wstała. - Zrobię coś do jedzenia. Czuje się już lepiej. Możesz iść sprawdzić te ślady. 
Bez słowa wstałem i powoli zacząłem iść w stronę drzwi. Powoli odstawiłem na bok wyrwane drzwi i wyszedłem na zewnątrz. W mieszkaniu było chłodniej niż na zewnątrz. Pewnie przez te drzwi...Ta sytuacja tylko udowadnia jak bardzo zależy mi na Nicole. Kiedy nie otwierała, gdy ją wołałem byłem przerażony. Zacząłem uderzać w drzwi, żeby je wywarzyć, ale kiedy po chwili usłyszałem jej krzyk...byłem zrozpaczony. Jedno jest pewne. Nicole nie umiała się zachować w chwili zagrożenia. Bądźmy szczerzy. Choćby miała w dłoniach największy nóż z tego domu...tamten człowiek miał pistolet. W dodatku zamiast w ciszy spróbować wydostać się z domu, czy próbować wezwać pomoc...ona zaczęła krzyczeć. To na pewno nie było rozsądne.
Chłodny wiatr uderzał z każdej strony. Zatrzymałem się na ostatnim schodku i obserwowałem wznoszące się ku górze słońce. Wyjąłem z kieszeni paczkę papierosów i bez namysłu odpaliłem jednego z nich. Byłem przyzwyczajony do smaku i zapachu nikotyny. Gdybym powiedział, że pod jej wpływem uspakajałem się, czy zapominałem o problemach...skłamałbym...To było po prostu głupie uzależnienie. Papierosy dawały mi pewnego rodzaju zaspokojenie. Powoli podążałem wzdłuż długiej ścieżki prowadzącej aż za dom. Zatrzymałem się dopiero przy wysokim drzewie i kucnąłem pod nim. Nie trudno było zauważyć odcisk pary stóp w pobliżu latarni. 'Nieznajomy popełnił jeden błąd. Nie zatarł śladów.' pomyślałem. Zacząłem uważnie przyglądać się okolicy w poszukiwaniu jakiejś wskazówki. Nie byłem głupi i znałem przestępców na tyle, iż wiedziałem, że wróci. Będzie chciał zatrzeć trop. Zmylić nas. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i ostrożnie zrobiłem kilka zdjęć z różnej strony. Potem zabezpieczyłem miejsce, ale wiedziałem że jeśli nieznajomy będzie chciał się tu dostać zrobi to bez najmniejszego problemu. Zadzwoniłem do Marcusa, który odpowiadał za obstawę dla Nicole i kazałem mu wysłać chociaż jednego gliniarza do pilnowania tego miejsca, zanim przyjedzie ekipa i zbada odciski. 'Ciekawe czy teraz nasz zawodnik zaatakuje?' Oparłem się o drzewo i z uwagą wpatrywałem się w dom. Był piękny i ogromny...mimo wszystko czegoś w nim brakowało. Tego rodzinnego ciepła i miłości? Sam nie wiem. Ten dom był po prostu pusty. Zacząłem kręcić w palcach spalonego papierosa i jak to zwykle miałem zwyczaju będąc sam zacząłem cicho śpiewać. Chciałem zostać pod tym drzewem i wpatrywać się w niebo, ale niestety mam też pracę. 'A może sam się oszukuje? Może po prostu chcę wrócić do tego domu...do niej?' Kiedy zacząłem iść w stronę posiadłości, ciszę zakłócił dzwoniący telefon. Nie patrząc na ekran odebrałem go i czekałem na słowa dzwoniącego.
-Jesteś u Hale? - prawie wykrzyczał do słuchawki John.
-Tia.
-Przywieź ją natychmiast na komisariat.
-Coś się stało John? Jak masz jakąś sprawę to...
-Mamy sprawę. Nawet dwie sprawy.
-Czyli? Mów kurwa John.
-Harry Styles z policji okręgowej chcę przesłuchać Nicole i...
-Co?! Nie wystarczy, że my ją przesłuchiwaliśmy?
-Niestety. Oni decydują o nakazach i tych innych...zresztą wiesz...to procedury...Justin, ale jest jeszcze druga sprawa.
-Hmmm?
-Dziewczyna ojca Nicole...no wiesz ta cała Carolina. Miała wypadek. 
-Cholera. Będę musiał zawieźć Nicole do szpitala.
-Nie koniecznie.
-Jak to?
-Ona nie żyje.

*kursywą zapisane są wspomnienia [flashback]


                                                                              ~*~
Witam was z kolejnym rozdziałem 'Lottery'. Przepraszam za długą przerwę, ale dla osób które nie wiedzą. Blog był oficjalnie ZAWIESZONY na okres nie wiadomy. Rozdział był gotowy wcześniej, ale musiałam przemyśleć parę spraw. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie miałam totalny brak weny + były ferie. Zrozumcie.

Jak wam się podoba niespodzianka pod koniec rozdziału? W 'Lottery' już w następnym rozdziale pojawi się nowa postać Harry Styles. Dlaczego on? Wiem, że moje opowiadanie czyta kilka directionerek i to taki 'prezent' dla nich :P Jak ta postać wpłynie na dalsze losy Nicole i Justina? Tego dowiemy się już niedługo. 
Chętnie odpowiem na wasze pytania na ask.fm/SweetDreamsAnita

DZIĘKUJĘ SERDECZNIE WSZYSTKIM CZYTELNIKOM LOTTERY, KTÓRZY MIMO DŁUGIEJ PRZERWY NIE ZAPOMNIELI O TYM OPOWIADANIU. KOCHAM WAS.

CZYTASZ=KOMENTUJESZ

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Five.

Bardzo ważna notka pod rozdziałem. ↓

POV Nicole
  Deszcz nieprzyjemnie stukał o szyby w aucie. Z zainteresowaniem obserwowałam powoli wznoszące się ku górze słońce i księżyc widoczny jeszcze po drugiej stronie nieba. Przed chwilą szare i ciche ulice, wypełnił już gwar miejscowych straganów. Słychać też było inne jadące samochody, stukot maszyn pracujących na budowie i wrzask ludzi biegnących do pracy.
-Już lepiej? - zatroskany głos Justina rozbrzmiał w mojej głowie i przywrócił mnie myślami na ziemię.
-Sama nie wiem. Ktoś chce mnie zabić. Sądzę, że nie może być lepiej. - posłałam mu sztuczny uśmiech i wygodniej usiadłam w fotelu. Bieber skręcił w kolejną ulicę i widocznie zakłopotany moją odpowiedzią, podrapał się po głowie. - Dziękuję, że został pan ze mną.
-Drobiazg. - uśmiechnął się nie patrząc na mnie - To tu? - dodał po chwili z zaskoczeniem patrząc na ogromną ville przed nim. "Wiedziałam, że dom ojca zrobi na nim jeszcze większe wrażenie." Mentalnie przewróciłam oczami i spojrzałam się na zafascynowanego chłopaka.
-P-pójdzie p-pan ze mną? - wyjąkałam patrząc na niego z nadzieją.
-Jeśli chce pani.
-Chciałabym. - nerwowo zagryzłam wargę i utkwiłam wzrok w ogromnych drzwiach wejściowych.
-W sumie chętnie wejdę do TAKIEGO domu. - zaśmiał się i powoli wysiadł z auta. Nie zważając na deszcz wyjął z kieszeni kurtki papierosa i powoli odpalił go, opierając się o zderzak samochodu. Odetchnęłam głęboko próbując się uspokoić. Tak się składa, że u ojca też nie bywałam za często, choć miałam z nim na pewno lepszy kontakt niż z matką.
Z nerwów zaczęłam bawić się palcami. Nie chodziło w sumie o strach przed wejściem do tego ogromnego domu. Bałam się o jego mieszkańców. W prawdzie Justin miał 'plan', ale to nie oznaczało, że przebywając w tym domu będę bezpieczna. Nie oznaczało to także że oni będą mogli być zupełnie spokojni.
Jeszcze większy smutek i strach ogarnął mnie, gdy przypomniałam sobie widok zapłakanej i wystraszonej matki. Z Isabellą nigdy nie utrzymywałam świetnego kontaktu. Moją matką była raczej Josepha - niańka, która pracowała u nas w domu, gdy byłam mała. Niestety potem Josepha zmarła na zawał, po tym jak dowiedziała się że jej mąż zmarł na wojnie. Zawsze podziwiałam ich miłość. Mimo odległości jaka ich dzieliła ufali sobie i kochali się bardzo mocno.
Mimo wszystko to Isabella, wśród znajomych znana jako Bella była i jest moją matką, więc smucił mnie widok jaki zaznałam przed paroma godzinami. Potarłam zmęczone czoło i skierowałam wzrok na mężczyznę cierpliwie czekającego przed autem.
-Mam nadzieje, że twój plan wypali Bieber. Ufam ci. - szepnęłam do siebie, chwytając leżącą obok torbę i wychodząc z ciepłego wozu. Chłopak posłał mi jeden z tych idealnych uśmiechów i powoli wyrzucił peta, kierując się za mną na schody.
-Jest pani gotowa?
-Jak nigdy. Mam tylko nadzieję, że mojej rodzinie nic się nie stanie.
-Spokojnie zrobimy tak jak mówiłem. Pojadę do pani do domu i tam zaczekam na pani zabójcę.
-To słowo brzmi bardzo...groźnie.
-Cóż nie każdy ma swojego zabójcę. Może się pani czuć...wyróżniona. - zaśmiał się ukazując swoje idealnie, białe zęby.
-Jest pan pewien że to zadziała? - Przestraszona usiadłam na ławce na tarasie i zaczęłam powoli poruszać się w przód i w tył, jak wtedy gdy byłam mała.
-Panno Nicole. Wszystko już omówiliśmy. - jego dłoń odnalazła moją i pocieszająco uścisnął ją. - Wiem, że to trudne, ale mam nadzieje, że ten człowiek będzie liczył na to, że nie będzie pani chciała narażać rodziny i wróci pani sama do domu. Porobię trochę hałasu, pozapalam światła i zaczekam na tego skurwiela - zachichotałam cicho, mocniej ściskając dłoń Biebera. - i pojadę tam autem pani matki, jakby to pani je pożyczyła. - dodał po chwili
-Ok. - powoli sięgnęłam do torby i wyjęłam z niej połyskujące klucze, spięte różowym breloczkiem od Davida. Od razu przewróciło mi się w brzuchu, a głowę wypełniły myśli o moim niedoszłym mężu. - Tylko niech pan uważa. - w odpowiedzi zaśmiał się niewinnie.
-Nie jest pani moją matką.
-Może i nie jestem, ale potrzebuję pana do rozwiązania tej sprawy. - uśmiechnęłam się zwycięsko i poklepałam go po ramieniu.
-Jakoś dam sobie radę. Dziękuję. - Justin wstał i podszedł do drzwi czekając, aż to ja wykonam jakiś ruch. Niepewnie podeszłam do nich i przycisnęłam czerwony guzik dzwonka. Po chwili drzwi otworzyła Carolina, czyli obecna żona mojego taty. Dziewczyna była nie dużo starsza ode mnie, przez co traktowałam ją bardziej jak przyjaciółkę, a nie macochę. Jej długie, bląd włosy, upięte były w niezdarnego koka. Ubrana była jak zawsze o tej porze w strój do joggingu. Obcisłe getry podkreślały jędrne wypukłości jej ciała, a biały T-shirt swobodnie spływał po jej idealnej talii. W dłoni miała telefon i słuchawki, z których wydobywała się nieprzyjemna, głośna muzyka. Zauważyłam też, że miała spuchniętą twarz i podkrążone oczy, jakby płakała.
-Nicole! Wendy dzwoniła do twojego ojca i powiedziała nam o wszystkim. Kochanie! - dziewczyna przyciągnęła mnie do uścisku, kątem oka patrząc na Justina.
-Czyli wiesz o Davidzie? - zapytałam mierząc ją wzrokiem. Jej ciało napięło się , a z oczu wypłynęło kilka samotnych łez. Szczerze powiedziawszy Carolina nigdy nie przepadała za Davidem...ze wzajemnością. Kobieta łagodnie potarła moje ramię i pokiwała twierdząco głową.
-Przykro mi.
-Carolino, mogę zostać u was na noc. Chociaż jedną? - współczucie od razu zniknęło z jej twarzy, a zastąpiła je niepewność.
-Ona nie ma wyjścia. - odezwał się głos za mną i dopiero teraz przypomniałam sobie o obecności Biebera. Wyminął mnie i stanął twarzą z kobietą jego wzrostu. Cóż ja byłam niższa... W oczach Caroliny pojawił się błysk zainteresowania.
-A pan to...?
-Komisarz Bieber. - zaśmiałam się w myślach. 'Komisarz', gdyby ktoś nazwał Justina komisarzem nie uwierzyłabym. Odebrałabym to jako głupi, dziecięcy żart. Spojrzałam na mężczyznę, jednak powaga przepełniała go całego. Był dumny z tego co osiągnął i to było widać. Nigdy nie zapomnę jak po wypadku oczekiwałam przyjścia szefa tych wszystkich nudnych glin. Spodziewałam się tęgiego faceta, po czterdziestce, z pączkiem w ręce. Tym czasem do auta wsiadł idealny mężczyzna, o nieskazitelnej urodzie i hipnotyzujących oczach. Carolina posłała Bieberowi spojrzenie pełne ciekawości, jednocześnie gotowe do flirtu i niespokojnie zaczęła stukać paznokciami o wyświetlacz Samsunga.
Muszę się przyzwyczaić, że gdzie tylko postanie noga tego przystojniaka, każda kobieta jest jego...co jest dziwne, bo ja traktuję go neutralnie. To prawda. Jest przystojny. Nawet bardzo. I może kilka razy o nim myślałam, ale traktuję go jak zwykłego gline bez serca, który ma za zadanie rozwiązać moją sprawę. Tylko jako policjanta. Nikogo więcej.
-A więc jest pan policjantem?
"Nie kurwa projektantem mody. Co za typowa blondynka"
-Tak proszę pani.
-Wie pan czemu zabili Davida?
-Nie proszę pani, ale nie wolno mi też o tym mówić. - spokojnie zakończył rozmowę i zwrócił się do mnie - Zostawię już panią, dobrze? Będziemy w kontakcie.
-Jasne. Jeszcze raz dziękuję. - uśmiechnęłam się przyjacielsko i wzięłam od niego torbę z rzeczami, o której zupełnie zapomniałam.
-Do widzenia. - mężczyzna odwrócił się i szybko odjechał z parkingu pod domem.
Rozejrzałam się po wnętrzu tego ogromnego budynku. Jak zwykle zastałam tu wiele zmian. Dawniej karmelowe i beżowe ściany zastąpiła bordowa tapeta w grube pasy. Meble stały w zupełnie innych miejscach. Po wejściu do domu widoczny był duży i nowoczesny telewizor ze stojącymi obok konsolami i dużym, srebrnym pudełkiem na płyty DVD. Ze ścian zniknęły obrazy, a stare wykończenia domu za pewne zajęły miejsce na strychu. Mimo wielu zmian czułam się tu jak w domu. Komfortowo i wygodnie. Swobodnie opadłam na kanapę stojącą na przeciw telewizora i odłożyłam torbę.
-Ja będę leciała. Rozpakuj się i odpocznij. - Carolina posłała mi sztuczny uśmiech i wybiegła z domu, zakładając słuchawki - Ojciec będzie po południu.  - krzyknęła, gdy była już na schodach.
Westchnęłam i powoli wstałam z miejsca, kierując się na górę do swojego pokoju. Byłam na prawdę zdziwiona, gdy zobaczyłam, że w moim pokoju nic się nie zmieniło. Biurko zawalone papierami i książkami jeszcze z gimnazjum i liceum. Plakaty moich ukochanych zespołów i wokalistów, w których bez opamiętania kochałam się. Duży odtwarzacz CD i porozwalane obok płyty. Podarta firanka, na której kiedyś z Wandy huśtałyśmy się i mój 'tajny pamiętnik' leżący wciąż w tym samym miejscu - pod łóżkiem.
-Teraz by mi się taki przydał. - szepnęłam oglądając moje bazgroły. Dawniej pisałam tu o chłopakach, wrednych koleżankach i beznadziejnych rodzicach...dziś mogłabym napisać niezły kryminał na podstawie mojej historii. Odłożyłam zeszyt i powoli usiadłam na wygodnym łóżku wyjmując z torby telefon i słuchawki. Położyłam się wygodnie na łóżku i włączyłam 'True love' P!nk. Całkiem oddałam się muzyce i powoli odpłynęłam do mojego własnego świata, w którym niespodziewanie pojawił się pan Bieber. Dosłownie....po prostu zadzwonił mój telefon. Nie podnosząc się odebrałam go i niezadowolona jęknełam.
-Może przeszkadzam? - Bieber zaśmiał się,  a ja zrobiłam się cała czerwona.
-Nie. Co jest?
-Zawiadomili mnie, że po mieście jeździ nierozważny kierowca łamiący przepisy drogowe.
-A to ma tyle wspólnego ze mną, że...? - przerwałam mężczyźnie.
-Jeździ czarnym Range Roverem. Takim jak próbował panią zepchnąć z drogi.

POV Justin
-Tak, czy inaczej uważam, że takich aut jest dużo.
-Proszę pani. Sprawdzałem to. W naszym mieście właścicieli takich aut jest dwoje, z czego jeden leży w szpitalu.
-Dramatuzuje pan.
-Ja dramatyzuje? - znudzony oparłem się o biurko. Od około pół godziny próbowałem przekonać tą wariatkę, że to ten człowiek mógł chcieć ją zabić, ale ona wciąż stawiała na swoim. Przewróciłem oczami i zerknąłem na zegarek.
- Dobrze, więc załóżmy, że to ten człowiek. W takim razie do czego ja jestem wam potrzebna w tej sprawie?
-Póki co nie możemy namierzyć właściciela, ale może kojarzy pani kogoś ze znajomych z takim autem?
-No nie...niezbyt. Ellen miała kiedyś takie auto...tylko zgniło zielone.
-Nie duży problem przemalować...
-Ale ona je sprzedała.
-Komu?
-Nie wiem.
-Sprawdzimy to. To ta koleżanka z pracy?
-Znajoma.
-Dobrze. Gdybyśmy namierzyli kolesia zadzwonię do pani, żeby spróbowała go pani rozpoznać.
-Nie wiele widziałam, ale dobrze. Do widzenia.
-Do widzenia.
Z ulgą rozłączyłem się i powróciłem do uzupełniania papierów.
-Koleś gadałeś z tą laską dłużej niż ja z moją mamą! - wrzasnął John wpadając do mojego biura. Jęknąłem zdenerwowany i popatrzyłem na niego wrogo. Mimo iż  nienawidziłem tej kobiety czułem z nią pewną więź. Czułem się za nią odpowiedzialny.
-Nie przyznawaj się, że gadasz z mamusią. Inaczej nie zdziwię się jeśli żony nie znajdziesz do czterdziestki.
-Czterdziestka to dobry wiek, a z twoim marudnym charakterkiem oboje zostaniemy starymi panami z kotami.
-Zostawmy koty dla pań. - zaśmiałem się szczerze, odrywając się od wykonywanej pracy. - Czego chcesz?
-Serio jedziesz do jej domu?
-Tak.
-Ale to niebezpieczne.
-Czy ty też jesteś moją matką?!
-Debilu, chodzi mi o to, że nie dostałeś pozwolenia od Ransoma.
-Sam też jestem szefem i tak się składa, że mam pozwolenie od cudownego szefa Biebera. - uśmiechnąłem się, pakując papiery do teczki. Wstałem od biurka i udałem się w stronę wyjścia. - Jadę na lunch? Idziesz?
-Nie. Dokończę wypełnianie tych papierów o wypadku twojej dziuni. - uśmiechnął się, żartobliwie szturchając moje ramię. Pokręciłem w niedowierzaniu głową i wyszedłem z budynku. 
Powoli wsiadłem do auta wypełnionego pustymi pudełkami z McDonald'a i niedopitymi Coca-cola'mi. Prawie codziennie jeździłem tam na śniadania, lunche, kolacje. McDonald był najlepszym rozwiązaniem. Szybko, wygodnie i smacznie...może nie koniecznie zdrowo. Czasem zamawiałem pizze, odgrzewałem coś w domu albo jechałem na chińszczyznę. No cóż nie umiałem gotować, a sprzątanie też nie wychodziło mi za dobrze. Przez cały tydzień gromadziłem te śmieci, a w weekendy trudziłem się z wyciąganiem paczek z pod siedzeń. Dzisiaj też postanowiłem zjeść w rozsławionym McDonaldzie. Zajechałem na parking, wysiadłem z auta i wszedłem do budynku. Po chwili odebrałem zamówienie i usiadłem przy białym stole, rozkoszując się posiłkiem. Pomyślałem, że mimo wszystko powinienem pojechać na dzisiejszy pogrzeb Davida. Chociaż na chwilę. Może dziać się coś podejrzanego. Ktoś może chcieć skrzywdzić Nicole. Duży, srebrny zegar wskazywał 13:30. Szybko wyszedłem z baru i wyjechałem z parkingu. Mijałem kolejne ulice, aż wyjechałem w opustoszałe miejsce, gdzie znajdował się cmentarz. Sceneria jak z horroru. Samotnie stojące drzewa bez liści, stara ścieżka udeptana w błocie, wysokie ciernie owinięte na popękanej siatce odgradzającej groby od gęstego lasu i opuszczona, spalona fabryka broni... Oparłem się o murek przy dużej, otworzonej bramie i wyciągnąłem z kieszeni kurtki upragnionego papierosa. Miałem szczerą nadzieję, że Msza skończyła się już i że żałobnicy jadą już na cmentarz. Czekanie nie było moim ulubionym zajęciem.

Nobody's POV
-Wyglądasz pięknie. - Wendy po raz kolejny przeczesała długie włosy Nicole i uśmiechnęła się do niej troskliwie.
-Nie chcę. To pogrzeb. Nie mam wyglądać pięknie. - dziewczyna westchnęła i powoli wstała z krzesła podchodząc do okna. Dziś wstała wyjątkowo późno, ale i tak nie była wyspana. Całą noc myślała o tych latach spędzonych z Davidem...straconych. Potrząsnęła głową i zaśmiała się gorzko. - Wiem, że powinnam płakać, ale nie potrafię. Wcale za nim nie tęsknie. Zdradzał mnie. Nie wiem nawet co mnie w nim pociągało. Nie mieliśmy nawet wspólnych tematów do rozmów...tylko praca. Widziałam w nim troskliwego człowieka, o dużej inteligencji i poczuciu humoru, tymczasem okazał się idiotą. - Dziewczyna upadła na łóżko i zakryła twarz poduszką.
-Nicole...przestań.
-Wandy, nie broń go! Wiesz, że tak było zdradzał mnie!
-Powinnyśmy iść. - nieśmiały głos ojca dziewczyn, odezwał się zza drzwi. Robert uchylił je i odszedł zostawiając je znowu same.
-Matka będzie? - spytała Wendy wstając z łóżka.
-Mówiła, że tak...z Anthonym. - dziewczyna westchnęła i poprawiła sukienkę, która sięgała za jej kolana. Delikatny, czarny materiał idealnie podkreślał jej talię i faktycznie wyglądała ślicznie. Siostry wyszły z pokoju trzymając się za ręce. Powoli zeszły ze schodów napotykając po drodzę Carolinę, przygotowaną już do wyjścia.
-Pojadę z Wendy. - wyszeptała Nicole.
Dziewczyny wyszły z domu i powoli wsiadły do białego auta.
-Będzie dobrze, nie miej takiej miny. - Wendy posłała towarzyszce zatroskane spojrzenie.
-Czy to głupie, że w dzień pogrzebu przyszłego męża, martwię się o policjanta, który ryzykuje dla mnie życie? - Nie odpowiedziała. Cisza przepełniła samochód, ale Nicole to nie przeszkadzało. Miała mnóstwo spraw do przemyślenia. Czuła się źle z faktem, że Bieber będzie sam w jej domu. Nie chciała, żeby rozglądał się po jego wnętrzu. To był dom, który dzieliła z Davidem. Kiedy będzie już chociaż trochę bezpieczna, zamierza go sprzedać. Kupi nowy dom. Może wyprowadzi się z miasta. Po kilku minutach siostry znalazły się pod małym, starym kościółkiem. Wendy pierwsza wysiadła z auta. W koło było już wielu ludzi. Niektórych Nicole rozpoznawała, inni byli jej zupełnie obcy. Powoli wysiadła z samochodu i skierowała się w stronę kościoła. Przed kościołem spotkała księdza, który miał udzielać ślubu jej i Davidowi. Minęła go z kamienną twarzą, nie zamieniając z nim nawet słowa. Weszła do świątyni i pokornie klęknęła w jej wejściu. Jeszcze pusty kościół budził w niej podziw. Był tak cichy i spokojny. Ludzie powoli zaczęli zbierać się przed wejściem, więc dziewczyna wstała i usiadła w odosobnionej ławce z tyłu. Nie chciała być zauważona. Nie chciała smutku, żalu i sztucznego pocieszania. Chciała mieć to za sobą.
*
-Nicole. A to jest pan Brus Redman.
-Mhm. Miło poznać. Ja...przeproszę na chwilę. - dziewczyna zauważając stojącą już przy samochodzie Wendy, podbiegła do niej i szybko skryła się w aucie. Ta bezsensowna paplanina matki wykończyła ją. Nie rozumiała jak ludzie mogą zawierać znajomości na pogrzebie. Być uśmiechnięci i rozmawiać na przeróżne tematy. 
"-Ej gdzie poznałaś swoją przyjaciółkę?
- Na pogrzebie".
Nicole przewróciła oczami i skierowała błagalny wzrok na siostrę.
-Tak jedziemy. - Odparła wsiadając do środka. - I jak się czujesz?
-Dobrze. - spóściła wzrok na ręce.
-Nicole...to normalne, że nienawidzisz Davida, a mimo wszystko tęsknisz i jest ci przykro. Znam to uczucie.
-Niby skąd? -Wendy nie odrywając wzroku od jezdni, mocniej zacisnęła dłonie na kierownicy.
-Przecież wiesz...Samantha... - Nicole ze smutkiem spojrzała na siostrę. Samantha była najlepszą przyjaciółką Wendy, ale pokłóciły się o chłopaka i Samantha zaczęła publicznie ośmieszać Wendy. Potem okazało się, że Sami choruje na przewlekłą chorobę. Rak doszczętnie ją zniszczył. Wendy nawet nie wiedziała, że dziewczyna jest w szpitalu. Dowiedziała się dopiero o śmierci przyjaciółki.
-Przepraszam.
-To było dawno. Kiedyś zrozumiesz, że gdybyśmy żyli tylko przeszłością nasze życie nie miało by sensu. O to chodzi. Mamy iść dalej, bo nic nie dzieje się bez przyczyny.
Samochód zaparkowały obok znajomego dla Nicole auta. "On tu jest." ta myśl ją pochłonęła. Zaciekawiona poszukiwała wśród tłumu ludzi właściciela srebrnego samochodu. Wreszcie zauważyła go opartego o murek przy wejściu. Ich spojrzenia momentalnie spotkały się, a ona podświadomie uśmiechnęła się. Pewnym krokiem zaczęła iść w jego stronę i po chwili stanęła przed tym wysokim mężczyzną.
-Myślałam, że będzie pan już w moim domu, panie Bieber. - mężczyzna wyrzucił peta i poprawił swoją jeansową kurtkę. 
-Pomyślałem, że może dziać się coś podejrzanego.
-Rozumiem. - kobieta skrzywiła się lekko i odwróciła w stronę idącej do niej Wendy.
-Idziemy?
Nicole uśmiechnęła się przyjacielsko do Justina i razem z siostrą udały się w stronę reszty ludzi. Wszyscy byli zapłakani i smętni. Ten widok dołował Nicole. Stanęła spokojnie z tyłu i obserwowała jak ludzie powoli kładą kwiaty na nagrobku Davida i dławią się własnymi łzami. 
Ceremonia nie trwała długo. Wszyscy zaczęli odchodzić. Patrzyła na tych ludzi z pogardą. Uważali, że wystarczy uronić kilka łez, wybrać się na stypę i wrócić do własnego życia. Ona nie płakała. Stała wciąż w tym samym miejscu i z kamienną twarzą wpatrywała się w duży napis "David Glickman. Dobry doktor i przyjaciel.  Zginął tragicznie". Przyjaciel... doktor... może gdyby żył dłużej na tablicy widniał by także napis "Kochający mąż i ojciec". Uśmiechnęła się smutno, a odchodząc wyszeptała 'Żegnaj'. Zamierzała zapomnieć i żyć dalej. To on z nią skończył. Nigdy nie zostali by przyjaciółmi. Zdradzał ją. Przynajmniej to pozwoli jej zapomnieć o tym człowieku. Ostatni raz pomyślała o jego błękitnych oczach i brązowej czuprynie. Nie chciała go pamiętać. Na pięcie odwróciła się od nagrobku i szybkim krokiem podążyła w stronę auta. W środku była już Wendy. Nawet ona płakała, ale Nicole nie patrząc na to szepnęła do dziewczyny. 
-Jedź. - Wendy przetarła spływające po jej policzku łzy i powoli wykręciła.
-Kim był mężczyzna z którym rozmawiałaś? - powiedziała, gdy były już w drodze do domu. Wspólnie postanowiły, że nie wybiorą się na stypę.
-To policjant prowadzący moją sprawę. 
-Może nie powinnam tego mówić, ale wydawał się być miły. - Nicole prychnęła z pogardą.
-Chyba nie chcesz umówić mnie z policjantem?
-Ja tylko...
-Jest ok. Muszę ci powiedzieć, że jesteś pierwszą osobą, która mówi że wydaje się miły, a nie przystojny.
-Cóż muszę przyznać, że wygląda bardzo dobrze, ale mimo jego kamiennego wyrazu twarzy, widzę w nim coś dobrego. Nie szukaj ideału. Szukaj osoby z którą będziesz szczęśliwa.
-Zawsze pomocna Wendy. - dziewczyna zaśmiała się szczerze i znów z uwagą patrzyła na drogę. 

*
-Jest godzina 17.00. Zapraszamy państwa na informacje radiowe. - skrzeczący głos kobiety wydobył się z głośników nowoczesnego Mercedesa matki Nicole.  Justin powoli zaparkował auto pod domem Davida i Nicole na Watts Street 312, wyłączył radio i wysiadł z auta. Szybkim krokiem podszedł do drzwi wejściowych i niezauważony otworzył je kluczami Nicole. John już dawno powinien zorganizować grupę patrolującą okolicę, więc Justin mógł być spokojny. Zaciągnął zasłony i usiadł na miękkiej, kremowej sofie. Na chwilę włączył telewizor, ale stwierdził, że przez niego jest mniej czujny. Nieco zniecierpliwiony zaczął przemierzać salon. Z ciekawością oglądał każdy zakamarek mieszkania. Dom na pewno nie budził takiego podziwu jak dom pani Isabelli, czy ojca Nicole, ale nie miał nic do zarzucenia. Idealnie urządzone wnętrze oraz eleganckie, drogie i nowoczesne meble zupełnie nie pasowały do dziewczyny, ale za to odzwierciedlały charakter Davida. Justin podszedł do kominka na którym stało kilka zdjęć. Na pierwszym znajdowała się Nicole z rodziną. Wszyscy byli w strojach kąpielowych. Justin podświadomie znalazł na zdjęciu Nicole i z zaciekawieniem przyglądał się jej krągłością. "Jak na małą dziewczynkę wygląda bardzo dobrze."- pomyślał i od razu skarcił samego siebie. Na drugim zdjęciu była Nicole z Davidem. Ona obejmowała go z miłością. Jej oczy lekko iskrzyły, a on... był widocznie zniesmaczony. Miał skrzywione usta, jedną ręką odgarniał sobie brązowe loki opadające na oczy, a drugą trzymał na talii dziewczyny. Wtedy coś oświeciło Biebera. Zwrócił uwagę na kobietę stojącą za Glickmanem. Wydała mu się znajoma. Patrzyła na Davida z nutką rozbawienia. W prawdzie obejmowała jakiegoś mężczyznę, ale to nie on budził jej zainteresowanie. To na Davidzie utkwiła dobrze znany Justinowi wzrok flirtu i miłości. Chyba Justin właśnie dowiedział się z kim pan doktor miał romans. Nie zainteresowany resztą zdjęć wyszedł do kuchni i wyjął z szafki jakieś ciastka. Pomyślał, że gdyby to on obserwował dom w celu zamordowania człowieka na pewno oczekiwałby, że światła będą zapalać się i gasnąć w różnych pomieszczeniach, a na koniec domownicy udadzą się do sypialni spać. Zaczął więc powoli chodzić po jadalni, holu, gabinecie, pokoju gościnnym, aż wreszcie o około dziewiątej wszedł na górę do sypialni Nicole i Davida. Było to chyba największe pomieszczenie w tym domu. Po prawej stronie znajdowała się ogromna garderoba. Wypełniona markowymi torbami, butami, czapkami, dodatkami i niezliczoną ilością ubrań. Uwagę przykuwała biała, długa suknia ślubna. U jej dołu widniały małe diamenciki. Suknia była mocno wszyta w talii, a z tyłu miała duże wycięcie w kształcie serca. Justin nie znał się na sprawach mody, ale stwierdził, że suknia jest idealna. Chłopak wrócił do pokoju i zaczął dalej rozglądać się po jego wnętrzu. Nicole zostawiła otwartą górną szufladę komody przy drzwiach. Z zaciekawieniem zajrzał do jej wnętrza. Stał się jeszcze bardziej zaciekawiony gdy okazało się,  że w jej wnętrzu jest bielizna dziewczyny. Coś szarego i jedwabnego leżało na samym wierzchu. Nie mogąc powstrzymać odruchu Justin powoli podniósł króciutką sukieneczkę, która za pewne więcej odsłaniała niż zasłaniała. Szybko wrzucił ją z powrotem i zatrzasnął szafkę. Podszedł do łóżka i bezwładnie na nie opadł. Znów się rozkojarzył i zdekoncentrował. Nicole była inna niż kobiety z którymi do tej pory miał do czynienia. One patrzyły tylko na jego wygląd, a Nicole zauważała w ludziach coś więcej. Imponowali jej ludzie wytrwali. Tak jak Justinowi. Coś w tej dziewczynie sprawiało że Justin czuł się głupio i zachowywał jak początkujący glina.
W swojej pracy spotkał wiele różnych kobiet. Niektóre były niezłą pokusą, jednak udawało mu się zachować rozsądek. Nigdy nie zaciągał ich do łóżka. Wiedział, że dziewczyny z którymi miał do czynienia mają kłopoty i traktują go jak rycerza na białym koniu, jednak prędzej czy później rycerz straci zbroję a one zauważą kim na prawdę jest - zwykłym policjantem z niezbyt dobrze płatną pensją. Nie miał dużo do zaoferowania. Nie umiał praktycznie nic.
Tylko jeden raz. Raz Justin nie użył swojego instynktu samozachowawczego i zdarzyło się. Ona rozpoczynała karierę piosenkarki i próbowała pozbyć się nachalnego i agresywnego fana, a on dopiero zaczynał swoją pracę w policji. Miał jej pilnować i ...zaiskrzyło. Był w niej totalnie zakochany przez nie cały miesiąc, bo po tym okresie rzuciła go. Pozostawiła w zapomnienie. Dostał bolesną nauczkę i od tej pory nie pakuje się w takie bagno. Teraz też nie miał zamiaru przekroczyć swojej granicy.
Justin zgasił światło w sypialni i ostrożnie usiadł na łożku. Zrezygnowany wpatrywał się w ścianę i myślał o Nicole. Dziewczyna pociągała go tak bardzo, że musiał ze sobą stoczyć wewnętrzną walkę by ją zostawić. Chciał zobaczyć znów jej oczy i wpaść w jej pułapkę. Znał ją krótko i dlatego bardzo dziwiło go, że tak bardzo związał się z nią.
W pewnym momencie od drzwi wejściowych Justin usłyszał głuche stuknięcie. Szybko wyjął broń i ostrożnie przeszedł na korytarz. Rozejrzał się, ale przez panującą w domu ciemność nie widział praktycznie nic. Jedynie przez niewielkie okienko w holu wpadało odrobinę światła z ulicy. Usłyszał jak na dole ktoś skrobie w drzwi, które po chwili uchyliły się z trzaskiem. Justin nie miał wątpliwości. Wycelował broń w oprawcę i zaczął powoli schodzić po schodach. 
-Policja! Stój, bo strzele! - krzyknął, gdy był już na najniższym stopniu. Postać poruszyła się niespokojnie i szybko uniosła obie ręce do góry. W jednej trzymała duży worek, a w drugiej metalowy włom, dzięki któremu weszła do domu. Zszedł z ostatniego stopnia i ujrzał sylwetkę mężczyzny. Nieznajomy wycofał się do tyłu i rzucił do szalonego biegu przez ogród. Justin wypadł za człowiekiem na podwórko i strzelił dwa razy. Postać runęła na ziemię i zaczęła krzyczeć z bólu. Justin powoli podszedł do postaci i wyjął odznakę. 
-Komisarz Bieber. A pan?
Z daleka zauważył, że podchodzi do niego John i kilku innych policjantów. Widział też jak Marcus dzwoni na pogotowie i zabawnie gestykulując opowiada o wypadku. 
-G-gill J-jones. - wyjąkał mężczyzna łapiąc się za krwawiącą nogę. 
                                                                          ~*~
A więc oto mamy 5 rozdział "Lottery". Spodziewaliście się takiego zakończenia? Powiem wam, że nawet ja się nie spodziewałam, bo rozdział miał się skończyć zupełnie inaczej. :P
Chciałabym was na wstępie przeprosić, że nie dodałam rozdziału na czas.
Przyczyny:
1.Rozumiem, że możecie być na mnie z tego powodu źli, ale nie rozumiem dlaczego przelewacie te złości na anonimowe pytania na asku i piszecie do mnie na pocztę wiadomości zacytuję:
"Oddaj bloga komu innemu. Skoro pomysł jest świetny, a jest. A ty nie masz czasu. Niech robi to kto inny."
To mnie zraniło. To mój pomysł i wydaję mi się, że ktoś inny pisałby zupełnie inaczej.
2.Przyznam też, że miałam doła. Chciałam się poddać i nie tylko przez te wiadomości. Na szczęście mam cudownych przyjaciół, którym dziękuję za wiarę we mnie. 
P.S. szczególne pozdrowienia dla N.Zuby, Patryka, Dominiki, Bartka, Natalii i kilku osób z Twittera :D 
3. Koniec półrocza. Poprawy, zaliczenia i dużo nowych sprawdzianów.
4. Czasami też muszę pomyśleć nad rozdziałem, bo pisanie rozdziałów o takiej długości nie zajmuje dwóch dni.

 Nie bójcie się publicznej opinii i napiszcie komentarz. To dzięki nim się nie poddaje i zachęcają do pracy. A więc:
CZYTASZ=KOMENTUJESZ 

piątek, 27 grudnia 2013

Four.


POV Nicole
   Biegnący po korytarzu lekarze, śmiejące się pielęgniarki co jakiś czas wchodzące i wychodzące z różnych sal, ciągłe telefony przerywające prawie nie istniejącą ciszę i pacjenci posłusznie czekający na badania. Mój codzienny widok. Moja oaza. Mimo ciągłego zamieszania panującego w  Lenox Hill Hospital, był to bez wątpienia mój drugi dom. Albo pierwszy...
  Bez wahania podążałam za Kate po głównym  korytarzu szpitala. Dziewczyna co jakiś  czas odwracała się, posyłając przyjacielski uśmiech i z ochotą zmieniając temat rozmowy. Wreszcie stanęłyśmy pod dobrze znaną mi salą operacyjną. Drzwi były uchylone. Obecny był charakterystyczny zapach morfiny i pentothalu. Dziewczyna lekko skrzywiła się i zniesmaczona usiadła na krzesełku w poczekalni. Przez szczelinę ujrzałam  Ellen, która niepewną ręką wstrzyknęła pacjentce, leżącej na stole operacyjnym, kolejną dawkę leku. W tym czasie Nick spokojnym wzrokiem obserwował jak jasnożółty płyn toczy się przez plastikową rurkę wenflonu wprost do żyły kobiety. Ellen uśmiechnęła się do stojącej obok pielęgniarki, a ta z widocznym zafascynowaniem, podała jej wyniki EKG leżące dotąd na stoliku obok. 
-Zaczynamy. - powiedziała lekarka i powoli podniosła nożyk.
Odwróciłam się w stronę Kate, która z zainteresowaniem przeglądała plotkarskie czasopismo. Kręcąc z oburzeniem głową, odłożyła gazetę na bok i spojrzała się na mnie.
-Piszą o tobie i zabójstwie Davida. Wszędzie. W każdej gazecie. - powoli podeszłam do niej i wzięłam gazetę leżącą obok. 
"Zabójstwo lekarza miejscowego szpitala i zrozpaczona dziewczyna zostawiona przed ślubem"...ludzie tak bardzo kochają plotki. Są nimi wypełnieni. To pewnego rodzaju przyzwyczajenie. Przynależność do ludzkości. Nigdy tego nie zrozumiem, ale nie raz mówili mi, że jestem inna.
-Nie mam powodu złościć się na ludzi, którzy interesują się moim życiem. Współczuję im, bo nie mają swojego.
-To było...głębokie. - powiedziała Kate, udając zaskoczenie i po chwili uśmiechając się.- Radzisz sobie?
-Nie jest źle.
-Wiesz, że masz moje wsparcie? Moje i Nicka. - ścisnęła lekko moje ramię, a na jej twarzy zagościła powaga.
-Wiem. Dziękuję. - posłałam dziewczynie szczery uśmiech i zerknęłam na zegarek. - przejdę się do szefowej i zaraz wrócę, dobrze? 
-Ok. Pójdę sprawdzić co z panem Glentonem. Wiesz ciągle zarywa do tej babci leżącej w pokoju obok, a ostatnio nawet przyłapaliśmy ich jak się całowali i...
-Kate! Bez szczegółów, ok? - wybuchłam śmiechem i wstałam z krzesełka.
Powoli szłam zatłoczonym korytarzem mijając gabinety lekarzy, aż stanęłam przed otwartym pomieszczeniem. Napis "Dr Glickman" wiszący na drzwiach, nieprzyjemnie piszczał przy każdym zetknięciu ze ścianą. W środku panowała przerażająca cisza. Na ziemi leżały pudła wypełnione dyplomami Davida i figurkami, które zachłannie kolekcjonował. Poczułam ogromną ochotę pobyć w tym pomieszczeniu. Chciałam jak zawsze usiąść na drewnianym biurku i poczekać, aż dr Glickman skończy swoją operacje, z uśmiechem wejdzie do gabinetu, usiądzie na swoim ogromnym skórzanym fotelu i przyciągnie mnie do ciepłego uścisku. A jednak. Nawet gdyby David żył, nie bylibyśmy razem. Skończył to...skończył ze mną
-Nicole? Dziecko, co tutaj robisz?
-Pani Richter,ja... - próbowałam. Na prawdę starałam się, ale czasami po prostu nie starcza sił i w momencie kiedy chcesz sprawić wrażenie silnej...poddajesz się. Łzy powoli zaczęły wypływać z moich bezbronnych oczu, a ramiona załamały się upadając na chłodną posadzkę. Już po chwili tęgie ramiona pani Richter przyciągnęły mnie do opiekuńczego uścisku, a jej matczyny głos zaczął pocieszać mnie rozbrzmiewając w mojej zmęczonej głowie.
-Dzwonił do mnie dziś rano bardzo miły policjant, - powiedziała po chwili - opowiedział mi o całej sytuacji i prosił o wolne dla ciebie. Nie musiałaś przychodzić.
-Miałam...wypadek. Ten sam miły policjant kazał mi jechać na badania.
-Wypadek? J-jak to? 
-Nie ważne. Kilka otłuczeń. Nic więcej.
-Tak czy inaczej uważam, że podjął dobrą decyzję przywożąc cię tu - powiedziała z lekkim uśmiechem na twarzy - bywasz na prawdę uparta, a dobrze wiesz, że wypadki nie są żartami. Małe czy duże.
-Taaaaak mamo. -jęknęłam udając dziecko, na co zaśmiała się przyjaźnie. Powoli wstała otrzepując się i poprawiając długą spódnice. - Pani Richter - powiedziałam, gdy kierowała się w stronę wyjścia.
-Tak?
-Jest pani najlepszą szefową na całym świecie.
-Wiesz, że możesz na mnie liczyć, prawda? - powiedziała z uśmiechem, na co kiwnęłam twierdząco głową i wzięłam z podłogi torebkę. - Jeśli chcesz możesz wziąć coś z rzeczy Davida i tak mieliśmy zamiar je wyrzucić, nie miał żadnej rodziny...oprócz ciebie. - przed oczami pojawił mi się obraz umierającego w tym szpitalu ojca Davida...jego ostatniej rodziny. Był załamany i długo przeżywał tą stratę. Nie przychodził do pracy i zamknął się w sobie, ale po jakimś czasie wrócił do normalnego życia. Teraz ja musze poradzić sobie ze stratą.
-Nie, dziękuję pani Richter. Nie byłam jego rodziną. - odpowiedziałam ze smutkiem i wolnym krokiem wyszłam za kobietą z gabinetu. - A do pracy wrócę jak najszybciej. To moje jedyne życie i szansa na zapomnienie.
-Dobrze, ale odpocznij też trochę. - ciepło uśmiechnęła się i odeszła w stronę swojego biura. Odprowadziłam ją wzrokiem i powoli zaczęłam iść w stronę sali operacyjnej.
- Hale. - usłyszałam głos za sobą.
- Fontaine.- wysyczałam odwracając się w stronę Ellen. Stała uśmiechnięta i patrzyła na mnie z wyższością.
-Biedna Nicki...czego tu szukasz? - prychnęła. Nic nie mówiąc zaczęłam odchodzić, jednak dogoniła mnie i złapała za rękę odwracając w swoją stronę.
-Nie potrzebujemy cię tu. - splunęła w moją stronę i przerzucając swoje długie, rude włosy przez ramię odeszła w przeciwną stronę.
Nigdy nie zrozumiem jej nienawiści do mnie. Dawniej przyjaźniłyśmy się, mówiłyśmy sobie o wszystkim i spędzałyśmy cały wolny czas razem, jednak od jakiegoś czasu jedyne co robi, to rani mnie słowami i czynami. Tęsknie. Tęsknie za moją przyjaciółką...
Potarłam obolałe miejsce i sztucznie uśmiechając się podeszłam do miejsca, w którym siedziała Kate i Nick. Usiadłam na krześle obok, opierając się o ścianę i chowając twarz w dłonie.
-Nicole? - szepnęła Katharine lekko mnie szturchając - wszystko ok?
-Nick, mógłbyś zrobić mi prześwietlenie? - spytałam lekceważąc jej pytanie.
-Ok. Chodźmy do mnie do gabinetu. 
Nic nie mówiąc wstaliśmy z naszych miejsc i odeszliśmy od siedzącej wciąż w tym samym miejscu Kate.
-Więc co ci się stało? - zapytał, kiedy otwierał drzwi.
-Wypadek. Samochód spadł z drogi.
-Sam?
-Słucham?
-Na ogół samochody nie spadają z drogi bez powodu. - zaśmiał się, spoglądając mi w oczy - Kate mówiła mi, że jesteś zagrożona...w każdej gazecie piszą o tym, że ktoś chcę cie zabić. - powiedział z powagą, wchodząc do środka.
-N-nie...ktoś go zepchnął...
-Cholera. Nicole. - ciężko odetchnął - Czy oni...dali ci ochronę?
-Nie. Nie potrzebuję jej.
-Właśnie widzę...Uważaj po prostu na siebie, ok?
-Nick, uważam, ale dobrze wiesz, że jeśli ktoś chcę mnie zabić, to zrobi to...takie czasy.
-Jesteś popieprzona...nawet tak nie mów. - zaśmiał się i lekko mnie przytulił. - To co cię boli?
-Po wypadku bolała mnie głowa, ale myślę, że to nic poważnego. Potem zaczęła mnie boleć klatka piersiowa.
-Więc zrobimy prześwietlenie, a potem zrobię ci podstawowe badania.
-Dobrze. Ufam ci. - mrugnęłam do chłopaka i poszłam za parawan przygotować się do zdjęcia Rentgenowskiego.

POV Justin
-Nareszcie - burknąłem do siebie, gdy dziewczyna wchodziła do samochodu.
-Przepraszam, że sam mnie tu przywiozłeś. - odpowiedziała urażona
-Więc już nie jestem panem?
-Ugh. - odwróciła się i zajęła wpatrywaniem w okno.
-Nic już pani nie powie?
-A co mam powiedzieć, proszę pana?
-Chociażby, gdzie mam panią zawieść...
-Z tego co wiem chciał pan zadać mi kilka pytań.
-Ale mogę je zadać pani w domu, albo na komisariacie.
-Justin do cholery, zawieź mnie do tego domu! - krzyknęła. Rozbawiony oparłem się o fotel i cicho zacząłem się śmiać - Więc sama tam dojdę. - powiedziała wychodząc z auta.
-Nicole! - krzyknąłem za nią i złapałem jej rękę zanim całkiem wysunęła się z wozu. - Przepraszam, okej? Powoli odwróciła się w moją stronę i wsiadła do samochodu.
-Wróćmy po prostu do wykonywania swoich obowiązków. Jestem po prostu zmęczona...panie Bieber.
-Rozumiem...panno Hale. - powiedziałem unikając jej wzroku i powoli wyjeżdżając z parkingu.
Droga minęła w ciszy, zaskakująco długo. Co jakiś czas patrzyłem się na dziewczynę oczekując, że powie chociaż jedno słowo, jednak ona nie wzruszona tylko wpatrywała się na drogę przed nami, co jakiś czas przenosząc wzrok na swoje dłonie.
-I jak badania? - spytałem, gdy staliśmy na czerwonym świetle.
-Będę żyła. - odpowiedziała bez humoru.
Światło zmieniło się i ruszyłem w dalszą drogę, nie próbując już nawiązać rozmowy. Gdy stanęliśmy pod domem pani Wick, dziewczyna spojrzała się na mnie wyczekująco i powoli odpięła swój pas.
-Idzie pan? - również odpiąłem pas i rzuciłem kurtkę na tylnie siedzenie.
-Idę. - odpowiedziałem pewny siebie i po chwili wysiadłem z samochodu.
Dziewczyna zapukała do drzwi, które otworzyła nam ta sama dziewczyna, która zrobiła to ostatnio.
-Dzień dobry Nicole. Dzień dobry Justin. - uśmiechnęła się przyjaźnie i szerzej otworzyła drzwi.
-To jest pan Bieber, Victorio. - prychnęła Nicole mrużąc na mnie oczy - I niech tak zostanie.
-Oczywiście. - kobieta skłoniła się lekko i wyszła do kuchni zabawnie machając biodrami.
-A więc zapraszam panie Bieber. - powiedziała wchodząc po schodach.
Wielkość tego domu i jego wygląd, bez wątpienia robiły duże wrażenie. Okazałe fotele i kanapy, ogromne, diamentowe żyrandole i piękne ręcznie robione dywany.
-Z-zdjąć b-buty? - zapytałem, na co tylko zaśmiała się i otworzyła drzwi od jednego z pokoi.
Moim oczom ukazało się duże łóżko z biało-srebrną pościelą, kilka walizek na ziemi, duża toaletka i kilka ciuchów starannie ułożonych na jednym z kilku foteli.
-Przepraszam za bałagan. - powiedziała zawstydzona, przesuwając na bok bagaże.
-Pani chyba żartuje...
-Nie czemu?
"No nie wiem...do mnie do pokoju drzwi nie chcą się otworzyć przez pudła za nimi, pod łóżkiem leży sterta starych gazet, a kurze nie były ścierane od...kupienia mieszkania...O i jeszcze trzeba uważać żeby w coś nie wdepnąć..."
-Nie ważne. Więc możemy zacząć?
-Oczywiście. - usiadła na łóżku wpatrując się w podłogę przed nią.
Niepewnie podszedłem do fioletowego fotela w rogu pokoju i powoli siadłem na nim.
-Spokojnie, nie gryzie. - uśmiechnęła się i wyjęła swoje smukłe stopy z brudnych szpilek - więc...?
-Chciałbym żeby powiedziała mi pani...czy ktoś może chcieć panią zabić?
-Słucham? - spoważniała i spojrzała na mnie jakby nie do końca zrozumiała moje słowa.
-Spytałem, czy domyśla się pani kto...
-Wiem co pan powiedział, ale nie wierzę, że pan to powiedział. Oczywiście, że nikt mnie nie chcę zabić.
-Jest pani pewna? 
-Ja no...umm...Nie wiem. - schowała twarz w dłonie.
-Panno Nicole. Chce mi pani o czymś powiedzieć?
-Może ostatnio gorzej mi się układa z jedną z koleżanek z pracy...i Anthony, mój ojczym...on też za mną nie przepada... - wyszeptała unikając mojego spojrzenia.
-Podejrzewa ich pani?
-Ohh nie. Mimo wszystko ufam Ellen, byłyśmy przyjaciółkami, a Anthony nie ma powodu...
-Czasem powody mordercy są idiotyczne. To moja praca i sprawdzę to.Proszę podać mi imię i nazwisko pani przyjaciółki. Z panem Wickiem porozmawiam, po jego przyjeździe do miasta.
-Ellen Fontaine, ale czy ona może nie wiedzieć, że ja...no wie pan.
-Oczywiście. Nie będziemy na razie z nią rozmawiać, po prostu zapisze sobie jej imię i nazwisko, a w razie czego będziemy ją obserwować.
-Dziękuję.
-Nie przypomniało się pani coś jeszcze...może pan Glickman coś mówił?
-Ostatnio był bardzo zamknięty w sobie...ciągle gdzieś wychodził. Mówił, że idzie na dodatkową zmianę do pracy i...mniej rozmawialiśmy.
Niespokojnie poruszyłem się na siedzeniu i utkwiłem wzrok w zakłopotanej dziewczynie.
-Panno Nicole - szepnąłem wstając i podchodząc do niej. - Pan Glickman...on...miał romans. Obecnie ustalamy z kim.
-Co?! Chyba pan żartuje. To nie jest jakiś cholerny kryminał! Na prawdę myśli pan, że człowiek, który mnie kochał mógłby mieć romans?!
-Widocznie wcale pani nie kochał, skoro zostawił panią tydzień przed ślubem! - popatrzyła na mnie z wyrzutem, a łzy powoli zaczęły spływać po jej policzkach.
-Proszę wyjść panie Bieber.
-Pani Nicole.
-Panie Bieber. Myślę, że skończyliśmy rozmowę. - powiedziała lekko pchając mnie w stronę drzwi i nieudolnie próbując zatrzymać łzy wyciekające z jej oczu.
-Przepraszam...panią. - szepnąłem do siebie i wyszedłem z pokoju ostrożnie zamykając drzwi. Rozejrzałem się po korytarzu posyłając w stronę pokoju Nicole ostatnie smutne spojrzenie, po czym zszedłem na dół, gdzie na kanapie obok wyjścia siedziała Victoria.
-Wychodzi pan? - powiedziała podchodząc do mnie.
-Tak. 
-A co z panią Nicole? - szepnęła chwytając moją koszulkę i przyciągając mnie do siebie.
-Myślę, że jeśli byłaby pani zainteresowana poszłaby do niej pani. - wybełkotałem, odciągając od siebie dziewczynę i podchodząc do drzwi.
-Widocznie faktycznie nie jestem tym zainteresowana. - powiedziała chichocząc.
-Do widzenia.
-Może chce pan mój numer?
-Myślę, że to nie będzie konieczne. - uśmiechnąłem się zadziornie i wyszedłem z domu.

POV Nicole
Stanęłam przed oknem i ciężko oddychałam przytrzymując się parapetu.
-Chuj, debil, idiota, kutas... - zaczęłam przeklinać pod nosem, chodząc po całym pokoju i zrzucając z szafek rzeczy. Łzy jak szalone wydostawały się z moich oczu, drażniąc moje spuchnięte policzki wilgocią i po chwili spadając niezauważone na ziemie.
Usiadłam na łóżku i trzęsącą ręką sięgnęłam po telefon leżący na stoliku. Po dwóch sygnałach w słuchawce rozbrzmiał znajomy głos.
-Nicole? To ty?
-W-Wendy?...przyjedziesz? Proszę...
-Nicole co się stało? Już jadę do ciebie.
-Nie. Nie do mnie. Do mamy...
-Co? Do mamy? Siostrzyczko co się stało?
-Mama ci nie mówiła...? Myślałam, że dzwoniła.
-Nie. Nie płacz proszę, już jadę i wszystko mi powiesz. - Nic nie mówiąc rozłączyłam się i bezwładnie opadłam na łóżko. Zamknęłam oczy i próbowałam się uspokoić. Rytmiczny stukot zegara wiszącego na ścianie, został przerwany przez stukot szpilek i skrzypnięcie drzwi.
-Nicole. Victoria powiedziała mi, że nie wie co ci się stało. Pan Bieber też nic nie mówił.  Powiedział tylko o jakimś wypadku. Dziecko nic ci nie jest? - matka podeszła do mnie kładąc mi dłoń na kolanie. Poderwałam się do pozycji siedzącej i szybko otarłam łzy. 
-Czemu nic jej nie powiedziałaś? Wstydziłaś się tego, że chłopak twojej córki okazał się idiotą? Że zostawił ją samą tydzień przed ślubem, a może tego że nie żyje i teraz to ja mam zginąć?! 
-Nicole, dziecko o czym ty mówisz? 
-O Wendy. Mojej siostrze. O niej też zapomniałaś?!
-Nicole spokojnie.
-Spokojnie? Jutro jest pogrzeb Davida. Na prawdę myślisz, że nie potrzebuje siostry?! Tobie raczej nie wypłaczę się na ramieniu.
-Nicole. - lekko dotknęła mojego policzka, jednak szybko zrzuciłam jej dłoń. 
-Nie dotykaj mnie. Zajmij się lepiej Anthonym. Przecież dzisiaj przyjeżdża. - prychnęłam i wyszłam z pokoju. Szybko zeszłam ze schodów i wyszłam z domu, nie zamykając za sobą drzwi. 
Na dworzu było już zimno. Słońce schowało się za drzewami, a ulice pokrył mrok. Latarnie, które zawsze zapalały się o tej porze, były zgaszone pewnie dla oszczędności. Złapałam się za sweter przyciągając go bliżej ciała i idąc w nieznanym mi kierunku. Nie widząc nikogo w pobliżu czułam się pewniej jednocześnie miejąc obawy. Na poboczu zauważyłam samochód policyjny ze śpiącym w środku policjantem. Prychnęłam pod nosem patrząc na człowieka, który ma mnie 'pilnować i obraniać'. 
Poprawiłam włosy, które w nieładzie spadały na wszystkie strony mojej twarzy i weszłam na chodnik przy głównej ulicy. Co jakiś czas mijały mnie samochody z kierowcami zupełnie nie zainteresowanymi nielicznymi przechodniami. Kiedy stanęłam pod nieczynnym sklepem usłyszałam czyjeś kroki. Niepewnie zaczęłam iść dalej, skręcając w ulicę, którą mogłaby jechać Wendy. Wciąż słysząc za sobą nierówny oddech i kroki, przyspieszyłam wzrokiem poszukując jakiejkolwiek pomocy. Postać również przyspieszyła, a po chwili toczyłam wyścig z moim zabójcą. Ciekawa, lekko odwróciłam się w jego stronę. Moim oczom ukazała się smukła postać w kapturze, w dłoniach trzymająca nóż. Wstrzymałam oddech, a łzy strachu zaczęły  spływać po moich policzkach. Mocno zacisnęłam powieki i nie patrząc przed siebie zaczęłam biec jeszcze szybciej. Po chwili wpadłam na kogoś. Wystraszona zaczęłam wyrwać się z uścisku i uderzać nieznajomego pięściami w klatkę piersiową.
-Nicole. Co ty tu robisz? Co ci jest? - podniosłam wzrok do góry, gdzie napotkałam wystraszone spojrzenie Wendy. - Miałyśmy się spotkać u mamy. - dodała po chwili. 
-Pokłóciłyśmy się. 
-O co?
-Nikt mnie nie rozumie, a ona nawet nie powiedziała ci...o tym wszystkim. 
-Ale teraz ty mi powiesz...prawda? - posłała mi pocieszający uśmiech - Czemu uciekałaś? - zapytała prowadząc mnie do samochodu zaparkowanego kilka kroków dalej.
-Najpierw muszę wyjaśnić ci to wszystko. 
-Dlaczego? 
-Możemy nie jechać do matki. Będę musiała tam wrócić na noc...może pojedziemy do jakieś restauracji? - zapytałam nie zważając na jej wcześniejsze pytanie. 
-Jeśli coś będzie czynne. - uśmiechnęła się i otworzyła samochód, szybko do niego wsiadając. Zrobiłam to samo, uważnie rozglądając się po pustych ulicach, w poszukiwaniu goniącego mnie człowieka. To na pewno nie były zwidy... Czułam obecność tego nieznajomego. Słyszałam go. A w dodatku widziałam go...
-To gdzie jedziemy? - moje zamyślenia przerwał łagodny głos Wendy.
-Masz jakiś pomysł?
-Może do 'pani Betty' ? - zapytała, a ja uśmiechnęłam się na wspomnienie o małym barze, do którego zawsze szłyśmy kiedy pokłóciłyśmy się z rodzicami.
-Dobry pomysł. Przynajmniej mamy pewność, że będzie czynne.
Samochód skręcił w kolejną ulicę, a kolorowy, świecący szyld 'Mrs Betty' błysnął nam po oczach. Powoli wysiadłyśmy z auta, kierując się do wolnego stolika.
-Nicole! Wandy! Moje skarbeńki! - krzyknęła Betty, przyciągając nas do uścisku. Zaśmiałyśmy się i posłałyśmy sobie rozbawione spojrzenia. - Tak długo was nie było. Myślałam, że zapomniałyście o starej Betty i jej barze!
-Nigdy w życiu! - krzyknęłam, z trudem odrywając się od kobiety. Wandy zaśmiała się, a po chwili zwróciła się do staruszki.
-Betty, podasz nam to co zawsze? Musimy pogadać.
-Oczywiście. - patrzyłam jak idzie do kuchni. Nic się nie zmieniła...dokładnie taką ją zapamiętałam. Siwe, długie włosy, spięte w wysokiego koka, duże, złote kolczyki i kolorowe swetry i spódnice, zasłonięte szarym fartuszkiem z autografem 'sławnego kucharza'.
-Nicole? - przeniosłam wzrok na przestraszoną Wandy. Jak zawsze, kiedy się denerwowała, mocno zagryzła wargę i spuściła wzrok. Westchnęłam i opadłam głębiej w miękkiej sofie.
-Wszystko zaczęło się od kłótni z Davidem. Zostawił mnie, wiesz?
-Nie, nie wiedziałam. - powiedziała z przerażeniem. -A-ale tydzień przed ślubem?
-Dokładnie. Dziwię się, że jeszcze o tym nie wiesz, bo piszą o tym w każdej gazecie.
-Piszą o tym, że cię zostawił?
-Niezupełnie - powiedziałam krzywiąc się - piszą o tym, bo jakąś godzinę po naszej kłótni ktoś zabił Davida.  - przerwałam, spoglądając na siostrę. Zakryła usta dłonią, a po jej policzku spłynęła jedna samotna łza.
-Moja biedna. - powiedziała lekko chwytając moją dłoń i zaczynając głośniej płakać.
-Wandy...to jeszcze nie koniec, bo widzisz...teraz ja mam być zabita. Dzisiaj miałam wypadek, ktoś zrzucił mnie z drogi, a przed twoim przyjściem gonił mnie nieznajomy z nożem...
-C-co?!
-To wasze frytki i cola. - Betty podeszła uśmiechnięta do stołu, kładąc nasze jedzenie na kolorowych serwetkach. - Coś się stało Wendy?
-Nie, nic. - dziewczyna szybko otarła łzy i posyłając sztuczny uśmiech zaczęła jeść frytki. Kiedy Betty odeszła, spojrzała na mnie z bólem i złapała obie moje ręce.
-Czemu matka mi nie powiedziała? Rozmawiałyśmy. Powiedziała tylko, że nie wie jak będzie ze ślubem...
-Wandy...widzisz to jeszcze nie koniec.
-Nie proszę cię...
-David miał romans.
-David? Romans? Ale on cię kochał...- zaśmiałam się bez humoru.
-Ktoś mi dzisiaj powiedział, że gdyby mnie kochał...nie zostawił by mnie tydzień przed zaplanowanym ślubem. Był debilem...niestety ja myślałam, że to osoba, która mi to mówi nim jest. - popatrzyła na mnie, chwilę zastanawiając się.
-Kiedy pogrzeb?
-Jutro. - westchnęła
-Pojadę zabrać sukienkę i przyjadę rano. Ok? Na dzisiaj tyle informacji mi wystarczy. - posłała mi współczujący uśmiech i zaczęła pić colę.
-Możemy wracać? - szepnęłam po chwili.
-Oczywiście. - odpowiedziała patrząc na puste talerze i upijając ostatni łyk napoju.
Wyszłyśmy z baru, wcześniej żegnając się z uśmiechniętą Betty, po czym wsiadłyśmy do auta. Srebrny opel ruszył w stronę domu matki.
-Dasz radę sama z nią porozmawiać? - niepewnie kiwnęłam głową, wyglądając przez przyciemnione okno. Jechałyśmy jeszcze chwilę w ciszy po czym znalazłyśmy się pod kamienicą. 
-Dziękuję. - uśmiechnęłam się, lekko przytulając Wandy i wychodząc z auta.
-Będę jutro. - krzyknęła zanim zamknęłam drzwi.
-Jedz ostrożnie! - pomachałam jej ze schodów i powoli otworzyłam drzwi.
-Nicole. Matka się zamartwia. - krzyknęła Victoria, pchając mnie do salonu.
-Zostaw mnie. - odepchnęłam dziewczynę i weszłam na górę, zatrzaskując za sobą drzwi, po chwili otworzone przez moją matkę.
-Gdzie byłaś? - spytała opierając się o ścianę, na przeciwko łóżka.
-Nie muszę ci się tłumaczyć. - odpowiedziałam zdejmując sweter.
-W momencie, kiedy ktoś chce cię zabić...musisz.
-Najpierw odpowiedź mi czemu nie powiedziałaś Wandy. - poprawiła swój szlafrok i usiadła na końcu łóżka.
-Dla twojego dobra.
-Dla mojego dobra? Może myślałaś, że własna siostra chcę mnie zabić.
-Nie...dla twojej opinii.
-Opinii...no pewnie...bo niby o czym innym mogłabyś myśleć. O moim szczęściu? - prychnęłam - Za dużo kasy, żeby o tym myśleć.
-Nicole. Wiesz dobrze, że mi na tobie zależy. - szepnęła, zbliżając się do mnie.
-No właśnie nie wiem.
-Gdzie byłaś? - powiedziała błagalnie, lekko głaskając mój policzek.
-Z Wendy.
-P-powiedziałaś jej?
-Miałam ukrywać prawdę przed własną siostrą? - schowała twarz w dłonie i ze smutkiem pokręciła głową.
-Wiem, że nie jestem najlepszą matką. Wiem, że nie lubisz Anthonego i wydaje ci się, że to wszystko niesprawiedliwe...,ale jestem tu, żeby ci pomóc.
Między nami zapadła cisza. Przez otwarte okno było słychać każdy możliwy szmer, jednak w pokoju panował spokój i chorobliwy smutek.
-Przepraszam. - odezwałam się po chwili - Czuję się nieswojo z całą tą sytuacją...nie codziennie ktoś chce cię zabić. - uśmiechnęłam się do niej, lekko przytulając ją do siebie. Jej nieregularny oddech po chwili ustał, a serce wróciło do normalnej pracy.
-Ja też przepraszam. Za wszystko.
Oderwałyśmy się od siebie i popatrzyłyśmy na zegar. 
-Późno. Pójdę lepiej spać. Ty też idź coś zjeść i spać.
-Zjadłam z Wendy. - wyjęłam z walizki koszulę nocną i zaczęłam iść w stronę łazienki.
-Więc dobranoc. - powiedziała wychodząc z pokoju.
-Dobranoc. - szepnęłam, kiedy pokój był pusty.
Wyciągnęłam z szafy czysty ręcznik i przewieszając go sobie przez ramię weszłam do łazienki i zamknęłam drzwi. Wzięłam długą kąpiel, po której zadowolona wyszłam z wanny. Ubrana w piżamę stanęłam przed dużym lustrem i zaczęłam czesać włosy, a następnie myć zęby. Uśmiechnięta przemyłam twarz i zaczęłam wycierać ją ręcznikiem, gdy nagle usłyszałam dziwne odgłosy z podwórka. Mimo wszystko zlekceważyłam je i zaczęłam wcierać w twarz krem. Po chwili w pokoju rozbrzmiał odgłos tłukącego się szkła, a w domu włączył się alarm. Wystraszona wybiegłam z łazienki, zastając na środku pokoju duży kamień z przyczepioną karteczką. Podbiegłam do okna, a w oddali zauważyłam uciekającą postać.
-Cholera. - szepnęłam do siebie i klęknęłam, próbując odplątać karteczkę.
Na brudnym skrawku papieru, z literek wyciętych z gazety ułożony został napis 'ZGINIESZ SUKO. ZA TO CO ZROBIŁAŚ'. Tylko co ja zrobiłam?
Przerażona, nie myśląc dłużej chwyciłam telefon.
-Panie Bieber? Proszę mnie stąd zabrać. On mnie znalazł! Chce mnie zabić. - wybełkotałam prawie płacząc i siadając w rogu pokoju z pogiętą karteczką w ręce. - Chce mnie zabić... 

                                                             ~*~

Jeszcze raz dziękuję wszystkim czytelnikom Lottery, a jest was coraz więcej :D !
Dziękuję też za wsparcie moich kochanych przyjaciół, zachęcających do dalszej pracy.
Dziękuję współpracującymi z moim blogiem stronom (możesz zapoznać się z nimi w zakładce 'Kontakt i współpraca') oraz wszystkim wspierającym mnie osobom.
Pamiętajcie, że to wasze komentarze, maile i pytania na asku zachęcają mnie do dalszej pracy! Dlatego jeśli będzie więcej komentarzy postaram się dodać rozdział szybciej.
Dziękuję! :*