środa, 6 listopada 2013

Two.

Przeczytaj notkę pod tekstem ↓

"(...)Wydaje mi się,że to na prawdę poważna sprawa, a osoba, która zabiła pana Glickmana to nie byle zabójca...to fachowiec." 
    Wariactwo. Kompletny idiotyzm. Ktoś chce mnie zabić? Haha. Patrzyłam na pana Biebera z kompletnym niezrozumieniem. Co najmniej jakby miał kilka głów. Po długiej ciszy policjant odezwał się.
-Dokąd panią zawieść?
-Na Park Row Centre Street,to dość blisko. Mieszka tam moja matka.-odpowiedziałam bez namysłu.
-Dobrze,czy chce pani wziąć coś z domu?
-Nie...chociaż...ja...po prostu boje się tam iść...sama.-wyjąkałam,spoglądając na niego.
-Pójdę z panią.
-Dobrze.-bez żadnego słowa wyszłam z samochodu,delikatnie zamykając za sobą drzwi. W tym czasie pan Bieber zdążył wyjść z samochodu. Podszedł do stojącego koło taśmy policjanta i co jakiś czas pokazując palcem w moim kierunku i spoglądając się na mnie, tłumaczył mu coś. Pan Bieber...dziwnie to brzmi patrząc na tego młodego,przystojnego mężczyznę...to raczej Bieber,niż pan...Skarciłam się w myślach, bo zamiast myśleć o martwej miłości, myślałam o jakimś przeciętnym glinie...Nie wyglądał na bogatego. Nogawki jego spodni były na końcach mocno przetarte, białe buty wydawały się być czarne od brudu, a samochód, którym się poruszał był lekko podrdzewiały. Kiedy podszedł do miejsca w którym stałam przeraziło mnie jego beznamiętne spojrzenie. Przez chwile nie odzywał się, spoglądając co jakiś czas w papiery, które dostał od tamtego funkcjonariusza, po chwili jednak rzucił coś w stylu "Chodźmy" i udałam się za nim. Na prawdę nie myślałam, że będę kiedyś bała się wejść do własnego domu, a jednak...Już po przekroczeniu progu, żałowałam, że zgodziłam się tu przyjść.
-Pójdę tylko do sypialni i zaraz wracam.-objaśniłam i wyszłam z salonu. 
W pokoju powróciły wszystkie wspomnienia. Na łóżku leżała jeszcze suknia, w rogu pokoju rzucona pościel, a w szafie panował jeden wielki chaos. Usiadłam na fotelu. Nie mogłam się teraz poddać i załamać. Odetchnęłam głęboko dwa razy, a mój wzrok utkwiłam w brudnych śladach na dywanie. Nie widziałam ich wcześniej. Nie mogły należeć do Davida,w końcu nerwowo chodził po pokoju, przemierzając każdy jego zakamarek.Poza tym był strasznie porządnym człowiekiem. Typowy perfekcjonista, który nigdy nie pozwoliłby sobie na brudny dywan. Nawet podczas kłótni... Tutejsi policjanci może nie dbają o porządek, ale dokładnie rozglądali się w każdym pokoju, więc ślady nie byłyby tylko koło drzwi. Nie myśląc za wiele, szybko wstałam z siedzenia i omijając ślady podbiegłam do poręczy od schodów i zaczęłam wołać komisarza Biebera, który po chwili biegł w moim kierunku.
-Panno Nicole,o co chodzi?!-głośno zapytał, gdy stał już ze mną twarzą w twarz. 
-W sypialni na dywanie są czyjeś ślady...
-Faktycznie, w papierach pisało, że na dywanie przy drzwiach były odciski stóp, stwierdzono, że należą do pana Glickmana.
-Nie. David nie nosi butów na tak szerokim podbiciu. Poza tym strasznie dba o porządek i...śladów nie było przed moim wyjściem. - Bieber myślał nad czymś chwile, po czym odezwał się. 
-Sprawdzę to osobiście, gdy tylko panią odwiozę. Czy wzięła już pani swoje rzeczy?
-...Nie...jeszcze nie.-wróciłam do pokoju i zaczęłam wkładać najpotrzebniejsze przedmioty do torby. W półce z biżuterią znalazłam obrączki i zdjęcia moje i Davida. Odruchowo przedarłam je i wrzuciłam do szuflady. Rozejrzałam się po pokoju. Ze stolika nocnego wzięłam jeszcze tylko okulary, które założyłam i wyszłam z pokoju, zastając Biebera opartego o ściane obok.
-Możemy już jechać.-uśmiechnęłam się nieśmiało,przechodząc koło niego i schodząc po schodach. Gdy wyszliśmy na zewnątrz było już ciemno. Przed domem nie stali już zaciekawieni ludzie. Było też znacznie mniej pracujących policjantów. Z parkingu zniknęły już wozy strażackie i ambulance. Po chwili z domu wyszedł Justin. Polecił coś kilku gliniarzom z którymi się pożegnał i udał się w stronę swojego samochodu.
-Panie Bieber-zawołałam zanim otworzył samochód i skinął głową na znak, abym kontynuowała.
-Wolałabym pojechać moim samochodem, żeby nie przyjeżdżać tu po niego dodatkowo. Myślę,że zatrzymam się u mojej matki na jakiś czas...
Spojrzałam w jego oczy. Mimo ciemności błyszczały tak pięknie...
-Dobrze pojadę z panią,bo i tak chciałbym spisać zeznania od pani matki.
-Ale...jak pan wróci?-zapytałam bardziej ciekawa, niż zmartwiona.
-Marcus-mówiąc to wskazał na tęgiego policjanta-podjedzie moim samochodem pod dom pani matki.-Miałam ogromną ochote zapytać: "Skąd macie adres mojej matki"...ale w końcu to policjanci i na pewno wiedzą o wiele więcej...poza tym to oni są od zadawania pytań...niestety.
-Dobrze...,ale ja prowadzę.-uśmiechnęłam się,co delikatnie odwzajemnił, siadając na siedzeniu obok.
Całą drogę jechaliśmy w milczeniu. Była to przyjemna cisza, choć chwilami denerwująca. Z uwagą patrzyłam na drogę przede mną zastanawiając się czemu David chciał skończyć nasz związek tak nagle...
-Jest pani bardzo silna.-palnął nagle Bieber. Zaśmiałam się bez humoru i spojrzałam na niego.
-A to niby czemu?
-Dobrze sobie pani radzi. Zostawił panią mężczyzna, z którym chciała pani być do końca życia, a teraz nie żyje,ale pani zdaje się być spokojna i opanowana.-powiedział nie odrywając wzroku od drogi, w którą uważnie wpatrywał się cały czas.
-Niech pan mi wierzy tylko "zdaje się"...ale dziękuję.
-Dlaczego w tej sytuacji nie zadzwoniła pani do rodziny?-i pomyśleć,że pan Bieber przez chwilę wydał się człowiekiem,a nie gliną bez uczuć.
-Chciałam zadzwonić do siostry, ale sama nie wiem co bym jej powiedziała.
-Nie ma z nią pani dobrych relacji?
-To moja najlepsza przyjaciółka,jest wspaniałą siostrą...i idealną córką. Zawsze była lepsza ode mnie i matka chciała, żebym była taka sama. Żebym wcześnie, dobrze wyszła za mąż, miała pieniądze i świetną opinie...a ja chciałam czegoś więcej...chciałam się uczyć...
-Matka nie posłała pani do szkoły?
-Jest pan bardzo wścibski-oświadczyłam sucho-chodziłam do prywatnej szkoły, gdzie uczono nas manier i jakiś innych bzdur, a  ja chciałam być pielęgniarką odkąd skończyłam 8 lat, więc uciekłam z domu i...-po co ja mówie to temu człowiekowi? Nigdy, ale to NIGDY nie opowiadałam ludziom o tym co czułam w dzieciństwie...ani Wendy, ani Davidowi ...nikomu.
-...i
-Ja...no...zostałam porwana...co pewnie wie pan z papierów.-powiedziałam kręcąc się za kierownicą.- zapanowała cisza. Nie byłam pewna czy wiedział, czy po prostu nie chciał drążyć tematu. 
Wreszcie zatrzymaliśmy się przed domem mojej matki. Nie czekałam,aż policjant wyjdzie z auta. Weszłam po schodach do ogromnej kamienicy mojej rodzicielki i desperacko zaczęłam walić w drzwi i dzwonić dzwonkiem, obawiając się, że mama już śpi. Nagle drzwi otworzyły się i jak wryta stanęła w nich Victoria- gospodyni mojej matki. Patrzyła się na mnie spod swoich długich rzęs, co jakiś czas zerkając na Justina, jak na apetyczny kąsek. Ubrana była jak zwykle w tą głupią czarną sukienkę z białym fartuszkiem, którą kazał jej nosić mój ojczym.
-Nicole?-wyjąkała po chwili,jakbym była jakimś martwym i zapomnianym dzieckiem. Fakt-nie było mnie tu już jakiś czas, ale chyba moja własna matka będzie o mnie pamiętać...
-Jest mama?
-Oczywiście. Chyba szła już spać. Wejdź kochanie.-powiedziała szerzej otwierając drzwi i niepewnie zerkając na policjanta wchodzącego za mną. Zerknęłam na niego. Miał oszołomiony wyraz twarzy. Rozglądał się w koło jakby znajdował się w pałacu. Jeśli TO robiło na nim wrażenie. To co powiedziałby, gdyby zobaczył trzy razy większy dom mojego ojca.
Po chwili do pokoju weszła ubrana w elegancki, jedwabny szlafrok Isabella-moja mama.
-Nicole. Kochanie. Co się stało? -powiedziała przesłodzonym głosem, również patrząc na Biebera. 
-Mamo...ja...-nic nie mówiąc wstałam ze skórzanej kanapy i rzuciłam się w ramiona matki. Mimo iż nigdy nie utrzymywałam doskonałych relacji z mamą, a już na pewno nie kiedy ożeniła się z Anthonym, właśnie tego potrzebowałam...matczynego uścisku, pocieszenia i zapewnienia, że wszystko będzię dobrze. Chwile stałyśmy tak, po czym odsunęłyśmy się od siebie z kamiennymi twarzami, nie wyrażającymi żadnych emocji.
-David miał wypadek...nie żyje...
-Co? Wypadek?
-...zastrzelono go.
-Więc nie wypadek. Zabójstwo! O Jezu. Kochanie. Przykro mi.-mama uściskała mnie jeszcze raz, delikatnie gładząc moje plecy. Odsunęłam się jednak przypominając sobie o siedzącym na kanapie, zdezorientowanym  Bieberze.
-To jest policjant Justin Bieber...chce się ciebie zapytać o kilka rzeczy.- powiedziałam wskazując na siedzącego za nami gliniarza.
-Dobrze. O ile będę mogła w czymś pomóc...-odpowiedziała z zamyśleniem.
-Mamo...czy będę mogła zatrzymać się u ciebie na kilka dni?
-Oczywiście...może nareszcie polubisz się z Anthonym- (a ona znowu o tym dupku)
-Pójdę się rozpakować do pokoju gościnnego i trochę przespać...jestem strasznie zmęczona.
-Panno Hale-odchodząc usłyszałam zachrypnięty głos pana Justina...
-Tak?-powiedziałam odwracając się w jego kierunku.
-Proszę skontaktować się ze mną jutro, w celu spisania dalszych zeznań.-powiedział podając mi swoją wymiętą wizytówkę z rozmazanym numerem.
-O ile to odczytam,-powiedziałam machając w powietrzu skrawkiem papierka-oczywiście nie zapomnę.
   Nie słyszałam dalszej rozmowy Justina z mamą. Wiedziałam, że będzie ją wypytywać o każdy szczegół tak samo jak mnie, ale nawet mnie to nie interesowało. Weszłam do pokoju gościnnego, dawniej przeznaczonego specjalnie dla mnie. Rozejrzałam się po ścianach. Znów były przemalowane. Tym razem na bardzo ładny liliowy kolor. Zmienione też były zasłony i firanki. Z torby wyjęłam piżamę - krótkie czarne szorty i luźny biały T-shirt . Popatrzyłam jeszcze chwilę na nowy kolor ścian i zastanowiłam się ile nie było mnie tu. Weszłam do łazienki (dom jest tak duży,że prawie każdy pokój posiada swoją łazienkę) i od razu skierowałam się do wanny, wymijając prysznic. Miałam ochotę na długą kąpiel, która pomogłaby mi zapomnieć o całym dzisiejszym dniu. Gdy tylko zatopiłam swoje chłodne ciało, w gorącej, spienionej wodzie, poczułam ulgę. Rozplątałam włosy i pozwoliłam wpaść im do wody. Zmyłam resztki rozmazanego makijażu, który w większości spłynął z moimi łzami i namydliłam całe ciało tropikalnym płynem do kąpieli. Umyłam jeszcze włosy i leżałam w wannie rozkoszując się tą spokojną chwilą, co jakiś czas słysząc głosy dobiegające z dołu. Po skończonej kąpieli, umyłam jeszcze zęby , po czym już ubrana w piżamę rzuciłam się na miękkie łóżko w pokoju i po prostu odpłynęłam...a po mojej głowie krążyły coraz to nowe myśli...

POV Justin:
-Isabella Roston-Hale-Wick? -zapytałem, gdy Nicole zostawiła nas sama. Już kiedy wysiadłem z samochodu, wiedziałem, że kobieta, z którą będę musiał przeprowadzić rozmowę będzie...inna. Typowa bogaczka przesadnie dbająca o swój wygląd. Jej dom na pewno robił wrażenie. Ona sama też była niczego sobie. Starannie umalowana, mimo iż gotowa do snu, elegancko uczesana i ubrana w krótki i obcisły szlafrok, na pewno nie zdawała się być matką przynajmniej dwójki dzieci (wiem już od Nicole , że ma siostre). Zauważyłem jednak pewne podobieństwo. Obydwie miały długie, lekko falowane i na pewno nie farbowane brązowe włosy oraz piękne zielonkawo-szare oczy z gęstymi rzęsami.
-To chyba oczywiste...-odpowiedziała, po chwili milczenia. Niepewnie usiadła na fotelu na przeciwko kanapy, na której wygodnie usiadłem.-...zabójstwo.-wyszeptała z nie dowierzaniem w głosie.
-Czy mogę zadać pani kilka pytań?
-Po to tu pan jest...-stwierdziła
-Proszę mi powiedzieć o związku pani córki z panem Glickmanem.-jego nazwisko wyszło z moich ust jak zakazane słowo. Nigdy nie szanowałem nazbyt kobiet, ale nie rozumiałem jak można doprowadzić tak silną kobietę jaką zdawała się być Nicole, do płaczu. Jak można było zostawić ją tydzień przed zaplanowanym ślubem...to musiało być dla niej straszne, a ten facet musiał być niezłym sukinsynem.
-Wszystko wydawało się iść świetnie. Nicole zamieszkała nawet w domu, który kupił specjalnie dla nich. Oczywiście jak zwykle przekorna Nicole musiała coś zepsuć...
-Zakłada pani, że to z jej winy związek z panem Glickmanem rozpadł się? 
-Ohh panie Bieber nie oszukujmy się moja córka jest okropnie porywcza, czasami nie panuje nad emocjami i nawet za bardzo walczy o swoje...ma to po ojcu...
-Czy...kontaktowała się pani z panem Glickmanem?
-Nie. Nie kontaktowałam się z panem Glickmanem.-udała oburzenie i zabawnie prychnęła
-Kiedy ostatnio widziała się z nim pani?
-Jakiś czas temu...
-Dokładnie.
-Ummm...ja...byłam u niego w gabinecie. To był doskonały doktor. Miał przepisać mi coś na migrenę. 
-I...?
-No i przepisał. To było dokładnie tydzień temu...o 12.20...tak około. -uśmiechnęła się - Miał taką piękną koszulę, z niebieskimi paseczkami. Pół godziny przesiedziałam u niego rozmawiając o niej. -zaśmiała się, a ja popatrzyłem na nią jak na jakąś idiotkę, co chyba zauważyła, bo jej policzki w kilka sekund zrobiły się czerwone.
-Rozumiem. Pani Nicole wspominała coś, o pani partnerze. Może pani podać jego dane osobowe?
-Z ojcem Nicole wzięłam rozwód dwa lata temu. Obecnie jestem z Anthonym Wickiem, zamieszkałym tutaj.
-To jego dom?
-Tak...jest piękny prawda?
Wiedziałem, że nie oczekiwała odpowiedzi, czy potwierdzenia. Ona to wiedziała.
-Jak nazywał się pani poprzedni partner i gdzie obecnie przebywa? 
-Edward Hale. Mieszka na -ulica milionerów...no nieźle.
-Rozumiem. Czy mogę zapytać czym zajmuje się pani obecny mąż?
-Jest prezesem kancelarii prawniczej w Chicago.-To wyjaśnia ogromny dom, gospodynię domową...może jeszcze mają służbę i poddanych. Zabawne, a niektórych nie stać na zapłacenie rachunku za prąd... Każdy kto by zobaczył dom panny Hale, pomyślałby, że jej córka nie mogłaby być tu nieszczęśliwa. A jednak...Nicole była. 
-A więc nie ma go teraz w domu?
-Miał przyjechać za dwa dni...przed ślubem...odpocząć i...
-Rozumiem.-przerwałem, wiedząc, że kobieta znowu zacznie gadać nie na temat.
Zadałem jej jeszcze kilka bezsensownych pytań, wiedząc, że nie wie w tej sprawie nic znaczącego, po czym żegnając się z nią, wyszedłem z domu. Chwile rozglądałem się po podjeździe, zanim dostrzegłem mojego czarnego taurusa z przypatrującym się,  siedzącym w środku Marcusem. W jego oczach było widać fascynacje, spowodowaną tak jak wcześniej u mnie, ogromnym domem znajdującym się przed nim. Nigdy nie byłem w takim miejscu. Oczywiście bywałem w tych bogatych dzielnicach, ale nigdy nie wchodziłem do tych okazałych domów, bo niby jak ja Justin Bieber, syn pospolitego kanadyjskiego policjanta Jeremiego Bibera, miałbym się tam znaleźć? W wieku trzynastu lat przeprowadziłem się z owdowiałą matką do Nowego Jorku. Nic nie przychodziło nam łatwo. Matki nie było całymi dniami w domu, zarabiała na nasze życie. W tym czasie to ja opiekowałem się ośmio letnią Jezzy i małym pięcio letnim Jaxonem. Wiedziałem, że matka zarabia dla nas, ale mimo wszystko nie godziłem się na "opiekunkę", dlatego pierwsze lata spędzone w Nowym Jorku były dla mnie okresem chorego, młodzieńczego buntu. Bójki na boisku szkolnym, papierosy w kiblach, niechciane kontakty, złe oceny...to było moje dzieciństwo. Nie było tam miejsca na ville...
Z zamyśleń wyrwał mnie Marcus, który zapalił silnik auta, dając mi tym znak abym ruszył się i usiadł na miejscu kierowcy.
-Cześć-przywitałem się sucho, gdy byłem już w środku. 
-Hej.
-Postawiliście kogoś? 
-Tak po posesji kręci się dwóch policjantów,  nie jestem pewien, ale chyba Gillis i Smith. 
-Ok.- spojrzałem jeszcze w kierunku domu, w jednym z okien ukazała się smukła postać, rozejrzała się po podwórku, po czym zgasiła światło i zniknęła w głębi. Odetchnąłem ze zmęczeniem i spojrzałem na zegarek, 02:30 , a o śnie nawet nie ma mowy. Dla mnie to dopiero początek śledztwa. Powoli wyjechałem z parkingu i udałem się w stronę domu Marcusa, wiedząc, że będzie chciał, żeby go podwieźć. Jechaliśmy w ciszy, dopiero pod jego domem rzucił coś w stylu "Powodzenia" , na co tylko kliknąłem głową i wyszedł. Stałem chwile pod małym, szkarłatnym domkiem z uwagą przyglądając się Marcusowi, który od razu po wejściu do domu został przywitany przez grupkę ubranych już w piżamy dzieci i uśmiechniętą żonę, przeganiającą pociechy do łóżek. Też bym tak chciał. Być szczęśliwym, mieć dla kogo kochać i żyć. Wiedzieć, że po powrocie do domu ktoś będzie na mnie czekał i powie "Nareszcie kochanie". Z drugiej strony moja praca jest niebezpieczna i gdyby coś mi się stało wyrządził bym dla tej osoby tyle cierpienia, co mój zmarły ojciec. Pamiętam jak mama dowiedziała się o jego śmierci na służbie. Robił dokładnie to co ja...myślał, że jest najlepszy, tak jak ja i nigdy nie dopuszczał do siebie myśli, że może mu się nie udać. Jazzy z trudem zrozumiała całe to zdarzenie, a Jaxonowi matka z ciotką wmówiły, że ojciec jest w "lepszym miejscu". Patrzeć na łzy twojej rodzicielki. To było trudne. Naprawdę trudne...
Zamknąłem na chwile oczy rozluźniając się i nie wiem czemu w mojej głowie pojawił się obraz zapłakanej Nicole...nawet tak wyglądała pięknie. Jej duże ponętne usta i te cudowne zielonkawo-szare oczy, za nic nie chciały opuścić moich myśli. W dodatku duże wrażenie robiła na mnie duma oraz siła tej kobiety i to, że była niezależna mimo, jak przypuszczam ogromnego majątku, jednak spokoju nie dawały mi wyjąkane przez nią podczas drogi słowa, o tym, że została porwana. Nic o tym nie wiedziałem, ale coś mi mówiło, że moja ciekawość długo nie wytrzyma i jeśli będzie to konieczne zerknę do karty policyjnej tej dziewczyny. Przeczesałem ręką włosy i powoli wykręcając, ruszyłem w stronę domu. Nagle poczułem w kieszeni wibracje i po chwili w samochodzie rozbrzmiał dzwonek telefonu. Sprawnie przytrzymując jedną ręką kierownice, drugą wyciągnąłem i-phona, a widząc numer Johna z goryczą przysunąłem telefon do ucha i z wyrzutem krzyknąłem:
-Czego?!
-Bieber gdzie jesteś?!
-Kurwa, jak to gdzie. Mam około dwie godziny na 'wyspanie' się przed nową dawką zabójstw, gwałtów i innych cholerstw!
-To zbieraj dupe i przyjeżdżaj na komisariat!
-Stary nie spałem nawet godziny, padam z nóg! 
-Jak dla mnie może być, jedź do domu, ale jutro nie masz po co wracać, bo w biurze jest Ransom...
-Co kurwa?!-przerwałem mu- Ransom?! A ten dupek po co tu?!
-Chce się zapoznać ze sprawą, wiesz, że z szefem się nie zadziera...więc proponuje, żebyś się pospieszył i tak cię wybroniłem mówiąc, że pojechałeś do tej laski.
-Dobra, dzięki stary. Już jade.
-A i jeszcze Bieber. Myślę, że mamy jeden ważny trop w tej sprawie.

                                                                                          ~*~

Hejka. Na wstępie chciałabym wam podziękować za ponad 1000 wyświetleń mojego bloga i te miłe komentarze pod poprzednim postem. To dla mnie bardzo ważne więc jeśli możesz skomentuj również drugi rozdział Lottery.
Kilka osób pytało się, co ile będę dodawać rozdziały. No więc póki co myślę, że co tydzień. Ale jak widzicie moje rozdziały są długie, więc przewiduje drobne spóźnienia.
Jeżeli macie do mnie jakieś pytania, możecie zadać je na moim asku: http://ask.fm/SweetDreamsAnita :)
Jeszcze raz dziękuję wszystkim czytelnikom "Lottery" ♥

sobota, 26 października 2013

One.

    POV Nicole:
Jak to możliwe , że moje życie jest aż tak beznadziejne, że wszystko co zaplanuje zawsze się nie udaje , a osoby , które mnie "kochają" odchodzą...? 
   Siedziałam na łóżku , nie mogłam wydusić z siebie słowa. Czułam się beznadziejnie , podeszłam do lustra i od razu tego pożałowałam. Wyglądałam okropnie. Rozmazany makijaż, podkrążone oczy, czerwone wypieki i rozczochrane włosy. Gapiłam się w swoje odbicie w ogóle nie rozumiejąc co stało się tu przed 10-cioma minutami. Kiedy powoli to do mnie zaczynało docierać z moich oczu mimowolnie znów zaczęły lecieć łzy. Czułam okropny ból w klatce piersiowej i nie miałam dłużej siły stać. Wróciłam na łóżko, gdy nagle do pokoju wrócił David. Jak szalony rzucił się do szafy,wyciągnął walizke i zaczął wrzucać do niej swoje rzeczy. Na pewno nie uronił nawet jednej łzy. Jego twarz była jak zwykle niezkazitelnie czysta.Wpatrywałam się w niego nie miejąc odwagi odezwać się pierwsza. Mieszkaliśmy ze sobą dopiero rok, ale byłam przekonana ,że nasz związek idzie w dobrym kierunku i na pewno nie spodziewałam się rozstania, nie tydzień przed zaplanowanym ślubem ...W tym momencie myślałam tylko co zrobiłam źle. Czy chodziło o mój młody wiek? Może o wcześniejsze problemy? A może Davidowi pszeszkadzało moje wiecznie męczące usposobienie? O co do cholery mu chodziło...?
-David...czy jesteś pewien...,że chcesz to wszystko skończyć? -odezwałam się niepewnie i bardzo cicho,a gdy po chwili nie odpowiedział obawiałam się, że może nie usłyszał mnie.
-Nicole - wypowiedział moje imie tak sucho,że od razu pożałowałam,że w ogóle się odezwałam - ile razy mam ci powtarzać,że to koniec! - wyminął mnie, chwycił płaszcz leżący na sofie za łóżkiem, wziął walizke i bez słowa wyszedł,tak jakby chciał uniknąć jakichkolwiek pytań i odpowiedzi.
W nagłym przypływie gniewu zerwałam z łóżka pościel i rzuciłam w róg pokoju. Potem wzięłam małą torebkę Prady, założyłam sweter i wybiegłam z domu z telefonem w ręce. Nawet nie wiem czy David był jeszcze w domu, ale zdawało mi się, że było za cicho na to by tam był. Mimo wszystko zamknęłam drzwi na klucz. Gdy tylko wyszłam na zewnątrz uderzył mnie blask wrześniowego, zachodzącego słońca. Nie bardzo wiedząc dokąd pójść, zaczęłam iść w strone parku. Czułam na sobie spojrzenia tych wszystkich ludzi pszechadzających się po jedynej spokojnej części miasta, ale nie zwracałam na to większej uwagi. Wciąż myślałam o tym co powiedział mi David:
-Długo myślałem...i ...to nie ma sensu Nicole. My nie możemy być razem...
-Ale jak to David? Ja się tylko spytałam czy podoba ci się moja suknia ślubna...
-Zrozum Nicole nie ma żadnego ślubu! Nie ma nas! I nigdy nie było.
Widocznie prawdą jest, że panu młodemu nie powinno się pokazywać sukni ślubnej, bo to wróży nieszczęście w związku...Chciałam zadzwonić do mojej siostry, wiedziałam, że Wendy natychmiast przyjechałaby mi z pomocą, ale kiedy już miałam wybrać jej numer z moich oczu wypłynęła nowa fala łez. Czułam się jak idiotka. Samotna, zapłakana, z załamanymi rękami czekająca na pomoc, wśród nieznanych mi ludzi. Chwiejnym krokiem doszłam do ławki i usiadłam w jej rogu. Ku mojejmu zdziwieniu ławka zaskrzypiała i ktoś usiadł obok mnie. Nie spuszczając wzroku z moich dłoni tylko zerknęłam w stronę obcego, ale przez moje załzawione oczy zauważyłam jefynie, że był to młody blondyn wpatrujący się we mnie brązowo-karmelowymi oczami. Po chwili odezwał się:
-Czy wszystko w porządku?
-A wygląda jakby było w porządku? -odburknęłam. Wiem, że byłam nie miła, ale uwierzcie nie miałam nastroju na jaką kolwiek rozmowę.
-Przepraszam. Po prostu pomyślałem, że przyda się pani pomoc. - Faktycznie przydałaby się, ale w tym momencie potrzebowałam tylko kogoś bliskiego do kogo mogłabym się przytulić i znów zacząć płakać.
-Ja...po prostu...przepraszam. - Czując nowy przypływ złości z całej siły kopnęłam leżący przede mną kamień. Po chwili jednak przypomniałam sobie o siedzącym obok mnie obcym człowieku. Wyprostowałam się, przetarłam oczy i nie mówiąc wiele tylko zwykłe "Przepraszam" odeszłam. Zbliżając się do domu wzrosło we mnie uczucie trwogi. A co jeśli ON tam będzie? Zaczęłam przypominać sobie te lata spędzone w tym okropnym miejscu...w zakładzie psychiatrycznym. Otoczona jakimiś oszołami chcącymi zapanować nad światem, pozabijać innych ludzi lub po prostu dziewczyn, które twierdzą,że są za grube ważąc mniej niż 40 kg i wreszcie ja-mała dziewczynka zgwałcona przez mężczyznę bez serca...Chciałam się tylko z tamtąd wydostać, a to mi szkodziło. Każde moje słowo było wykorzystywane przeciwko mnie. Rodzice twierdzili, że to mi pomoże. Mylili się...załamałam się, ale po wyjściu było jeszcze gorzej. Wrócić do szkoły...do tych wszystkich ludzi żyjących z plotek i irracjonalnych faktów. Wreszcie jakieś trzy lata temu, miejąc wtedy 16 lat poznałam Davida - syna mojego psychologa. Zakochałam się w nim tak szybko...Rodzice myśleli, że moja poprawa nastąpiła dzięki temu "świetnemu" doktorowi, ale to była nie prawda. Wciąż pamiętam jak spotykaliśmy się z Davidem, a jego ojciec nie mógł tego zaakceptować. W końcu jego syn sam też miał zostać lekarzem...i został...choć to nie było jego marzenie, bo od zawsze chciał być strażakiem. Typowe marzenie każdego małego chłopca,prawda?....
Potrząsnęłam głową , aby wyrzucić z głowy te beznadziejne myśli. Nie mogłam znów rozkleić się na oczach tych wszystkich ludzi...
Spojrzałam w przód, gdzie zauważyłam grupę osób gromadzących się...przed moim domem. Zaczęłam biec w tamtą strone, nie rozumiejąc co się dzieje. Zauważyłam nadjeżdżające wozy policyjne, strażackie, a nawet karetki. Zaczęłam przepychać się między ludźmi tak aby dojść do taśmy odgradzającej ciekawych przechodniów od pracujących funkcjonarjuszy. Ujrzałam stojącego tyłem tęgiego policjanta. Podbiegłam do niego i zdesperowana zaczęłam krzyczeć rządając odpowiedzi. Kiedy odwrócił się miał wyraźnie rozgniewany i zdziwiony wyraz twarzy. Zaczął tłumaczyć mi coś, że nie może tak po prostu zdradzić mi szczegółów sprawy.
-Ja do cholery mieszkam w tym domu!-krzyknęłam widocznie za głośno bo kilku ludzi stojących obok posłało nam zaciekawione spojrzenia. Policjant kazał mi pokazać dowód osobisty, po czym zaprowadził mnie do innego okropnie wysokiego i chudego gliny. Patrzył się na mnie ze smutkiem i współczuciem, co jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło.
-Pani Nicole Hale?
-Czy wreszcie ktoś mi powie o co chodzi?!
-Panno Nicole, rozumiem panią , ale prosze pamiętać, że my tylko wykonujemy swoją prace. A więc czy zna panni Davida Glickmana?
-Tak to...miał być mój mąż-gdy wypowiedziałam te słowa żołądek znów mi się zacisnął i myślałam, że znów zacznę płakać. Na szczęście policjant kontynuował rozmowę.
-Rozumiem. Ja mam na imie John Chesne i niestety muszę panią poiformować, że pan Glickman miał wypadek i...
-Zaraz co? Wypadek? Przecież jakieś pół godziny temu się widzieliśmy...! -zerknęłam na zegarek, nie było mnie ponad godzine, a mnie zdawało się, że wyszłam z domu 30 minut temu...
-Tak czy inaczej...przykro mi, bo pan Glickman nie żyje.-patrzyłam na tego mężczyznę jakby miał co najmniej 3 głowy.Wydawał się być taki miły, a tym czasem po prostu mówi mi, że osoba która kocham/kochałam nie żyje.Na jego twarzy nie widać smutku, zmartwienia, ani nawet współczucia, które widoczne było na początku naszej rozmowy.
-Nie żyje? Ale...-poczułam okropny ból, zaczęło mi się kręcić w głowie i pamiętam tylko, że upadłam na zimny i wilgotny chodnik, a wokół zgromadzili się ludzie zamierzający mi pomóc. 

*
Minęła chyba godzina od momentu kiedy dowiedziałam się, że David nie żyje. Obecnie siedziałam w samochodzie jednego z policjantów i czekałam, aż ich szef przyjdzie spisać ode mnie zeznania i powie mi coś "ważnego" w tej sprawie. Te wszystkie zdarzenia uderzyły mnie jak grom z jasnego nieba i szczerze mówiąc wciąż nie rozumiałam jak to możliwe. Kiedy ocknęłam się lekarze chcieli zabrać mnie do szpitala. Uniknęłam tego tylko dzięki temu, że sama byłam pielęgniarką i powiedziałam im , że skoro daje sobie radę z innymi to na pewno poradze sobie z samą sobą. Pewnie w tym momencie zastanawiacie się jak dziewczyna, która wyszła z "psychiatryka" mogła zostać pielęgniarką. Cóż, nie zgupiałam tylko popadłam w depresję. To prawda- był okres kiedy chciałam popełnić samobójstwo, ale to było tak dawno...Poza tym moja rodzina uchodzi za jedną z bogatszych w mieście (nie chwaląc się oczywiście). Czasami myślę, że lepiej byłoby być przeciętną amerykańską rodziną. Spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi. Wykonywać te wszystkie podstawowe prace w domu, sprzątać pokój i chodzić do normalnej-publicznej szkoły...
Moje rozmyślania przerwało otwarcie drzwi od samochodu, do którego po chwili wszedł mężczyzna. Spodziewałam się, że ujrze podstarzałego i grubiutkiego policjanta, który będzie nazywał się "szefem od spraw zabójstw", ale osoba która siedziała w fotelu obok miała nie więcej niż 25 lat...przynajmniej tak mi się zdawało. Chłopak (bo można było go tak nazwać mimo wykonywanego zawodu) miał idealnie ułożone włosy i od razu zauważyłam jego piękne brązowo-karmelowe oczy,  które jak mi się zdawało już gdzieś widziałam. Nie patrzył się na mnie tylko z uwagą przeglądał papiery spoczywające na jego kolanach.
-Pani Nicole Hale...prawda?- od razu poznałam jego zachrypnięty głos i tą nutkę melancholii. To był ten sam mężczyzna, który dosiadł się do mnie w parku. Nasze spojrzenia spotkały się na chwilę i widocznie on też mnie poznał, bo w jego oczach można było wyczytać zdumienie.
-Tak to ja panie...
-Bieber, Justin Bieber -to jak przedstawił się przypomniało mi trochę scenę z Jamesa Bonda, przez co uśmiechnęłam się nieśmiało i wyciągnęłam dłoń , tak aby mógł ją uścisnąć (bardzo mocno).-pani Hale, jak już pani wie pan Glickman nie żyje. Został postrzelony w głowę bronią klasy A...
-Panie Bieber czy może pan przejść do konkretów. Do czego JA jestem wam potrzebna i kto zabił mojego...znaczy... pana Glickmana?
Widocznie rozgniewany tym, że mu przerwałam odchrząknął i kontynuował.
-Proszę pani. Pan Glickman nie został postrzelony bez powodu. Nikt nie był świadkiem zdarzenia. Z papierów wynika, że pan Glickman pakował walizki do swojego wozu, najprawdopodobniej ktoś zaszedł go od tyłu, a jeden strzał w głowę wystarczył, aby zabić pana Glickmana. W tym momencie musi mi pani odpowiedzieć na WSZYSTKIE moje pytania.-położył na to słowo taki sam nacisk jak ja we wcześniejszej wypowiedzi na słowo JA...i nie wiem czemu poczułam chęć uderzenia tego faceta.
-Ależ oczywiście panie Bieber, byle szybko-syknęłam 
-A więc-kontynuował jakby nie zauważył mojego sarkazmu-będę musiał spisać protokół i poproszę panią o identyfikacje swoich danych. Poproszę o nazwisko i imię oraz adres.
-Nicole Margaret Hale, 312 Watts Street, Manhattan- powiedziałam wciąż wpatrując się w swoje dłonie. 
-Proszę mi opowiedzieć co się wydarzyło. 
-No więc-sama nie wiedziałam co mu powiedzieć, czy pominąć kłótnię z Davidem, fakt o ślubie, nagły napad gniewu i ucieczkę z domu...wówczas nie miałabym nic do powiedzenia
-Panno Hale-szepnął chyba odczuwając moje zakłopotanie-im prędzej skończymy, tym prędzej będzie pani mogła odpocząć w domu...
-Nie chcę tam wracać-jęknęłam
-Czemu?
-Mieszkałam tam z Davidem, to było nasze wspólne mieszkanie, a dziś wszystko się skończyło...
-Wiem, że to dla pani trudne, ale prosze mi o tym opowiedzieć.-ostrożnie spojrzałam w jego stronę, jego piękne oczy zdawały się wiercić dziurę w mojej twarzy. Miał oschły wyraz twarzy i sprawiał wrażenie tego filmowego "złego gliny".
-Dziś rano kiedy Davy był w pracy wybrałyśmy się z Wandy, moją starszą siostrą na zakupy. Miałyśmy kupić suknię ślubną i dodatki pasujące do niej, bo dokładnie za tydzień mieliśmy z Davidem zaplanowany ślub. Kiedy David wrócił z pracy po zjedzeniu obiadu poprosiłam go , aby wyraził swoją opinię o sukience. Gdy mu ją pokazałam wyraźnie pobladł zaczął coś mówić, że przemyślał cały nasz związek-odetchnęłam, przez chwile zastanawiając się czy kontynuować-i nie ma on już sensu.
-Czyli zostawił panią tydzień przed ślubem? - głos pana Biebera był bardziej zdziwiony i rozgniewany niż poprzednio, a jego oczy dziwnie pociemniały, ale już po chwili zdawał się być tylko gliną z zasadami.
-Tak-odezwałam się po chwili-czy mogę już iść.
-Proszę mi powiedzieć co stało się potem? Wiem już, że pokłócili się państwo, a pani wyszła z domu, ale czy pan Glickman również go opuścił? 
-Wydawało mi się, że tak...było niezwykle cicho...
-Czy wychodząc z domu widziała pani kogoś podejrzanego?
-Nie...nikogo...tak mi się wydaje.
-Rozumiem,a czy pan David Glickman miał jakiś wrogów?
-Nie wydaje mi się...leczy,pomaga ludziom...jakich wrogów mógłby mieć...?-bardziej stwierdziłam niż zapytałam.
-Dobrze...rozumiem, że jest pani zmęczona więc resztę pytań zadam pani jutro. Chce jednak uświadomić pani, że teraz również pani znajduje się najprawdopodobniej w niebezpieczeństwie i powinna się pani znajdować w jakimś bezpiecznym miejscu.
-Jak to...? Grozi mi niebezpieczeństwo?-Odwróciłam się by na niego spojrzeć,a mój wzrok utkwiłam w jego twarzy. Gdyby się uśmiechnął choć odrobinę...byłby bogiem seksu. Tak wiem, że przed 2 godzinami zmarł mój...były...chyba...ale tak czy inaczej nie dało się ukryć jego urody.
-Ktoś wtargnął do domu. Nic z niego nie zniknęło,więc przypuszczamy, że kolejną ofiarą ma być pani. Może  pani zostać w domu,choć osobiście uważam, że powinna pani pojechać do kogoś z rodziny. Pod pani domem postawimy ochronę i będzię pani obserwowana. Przy okazji przesłuchamy członków pani rodziny, może wiedzą coś od pana Davida...
-Na prawdę myśli pan,że po kłótni ze mną David zadzwonił by do kogoś z mojej rodziny...nonsens
-...Prosze zrozumieć musimy sprawdzić wszystkie szczegóły.Wydaje mi się,że to na prawde poważna sprawa, a osoba, która zabiła pana Glickmana to nie byle zabójca...to fachowiec.

~~~~~~~~~~~~~~~


No więc jest 1 rozdział Lottery ;)

Bardzo dziękuje wam za 80 wyświetleń w ciągu 1 tygodnia. To znaczy dla mnie na prawde bardzo wiele. Jak widzicie szczegółów o postaciach dowiadujecie się z łatwością z opisu Nicole,a później również Justina. Póki co nie planuje dodawać zakładki z samymi postaciami,no chyba, że będziecie chcieli ;)
(w zdj. tytułowym jest Nicole i Justin, w tym rozdziale pojawił się na krótko David Glickman,a Nicol wspomniała o Wandy)

Jeżeli chcecie być informowani o nowych rozdziałach przez Twittera, ask.fm, facebook lub inny portal skomentujcie w zakładce Informowani.


CZYTASZ=KOMENTUJESZ (najlepiej podpisz się nickiem z Twittera lub imieniem)

sobota, 19 października 2013

Prolog


Wreszcie znalazła idealnego faceta… przynajmniej tak myślała.
To on wyrwał ją z depresji i to dzięki niemu pozbyła się myśli samobójczych. Mieli być razem szczęśliwi i wziąć ślub.
Tym czasem dowiaduje się o ukrywanym związku i tajemniczej przeszłości.
Na zgodę jest za późno. Jedna kłótnia i zlecone zabójstwo sprawiło, że ich plany całkiem legły w gruzach. W dodatku teraz na celowniku zabójcy jest ONA- Nicole i grozi jej ogromne niebezpieczeństwo.
Tylko jeden zamknięty w sobie policjant wierzy Nicole i to z nim musi uciekać z miasta. Jeden mały błąd ,a zginą oboje. Czy przeżyją tę walkę z szaleńcem?!
Dowiedź się sam/a czytając Lottery.